Home

Wyjazd na wojnę

O Desmondzie


Dwa pożegnania jednego dnia to za wiele nawet dla żołnierza. Po raz pierwszy Doss pomyślał o ucieczce…

Desmond dawno już powinien dostać urlop, ale nikogo to nie obchodziło. Pozwolono mu na trzydniową przepustkę, ale nie na urlop.

Wyruszył w drogę niezwłocznie. Gdy dotarł na miejsce, dowie­dział się, co się stało, aby znów mógł zostać sanitariuszem. Jego ojciec skontaktował się z Cyrlyle B. Haynes’em, przewodniczącym kościelnej Komisji do Spraw Służby Wojskowej w Washingtonie. Haynes zatelefonował do do­wódcy pułku, pułkownika Stephena S. Maniltona.

– Rozumiem, że macie tam pewne trudności, pułkowniku — powiedział uprzejmie. — Czy trzeba, abym udał się tam i pomógł w załatwieniu tej sprawy?
– Oh, nie, nie — powiedział pułkownik. — Cokolwiek to jest, poradzimy sobie z tym sami.

Desmond został niezwłocznie przeniesiony do batalionu me­dycznego. Na wszelki wypadek jednak Haynes wysłał dowódcy pułku, a także dał Dossowi kopie dokumentu podpisanego przez prezydenta Roesevelta, zwierzchnika sił zbrojnych, i generała Georgea C. Marshalla, szefa sztabu, stwierdzającego, że żołnierze o obiekcjach moralnych są zwolnieni od noszenia broni.

Dywizja, z Desmondem przydzielonym ostatecznie do kompanii B w charakterze sanitariusza, kontynuowała ćwiczenia w Indianatown Gap i w Camp Pickett w Virginii. Oddział Dossa wyjechał w góry, do Wschodniej Virginii, w otwartych ciężarówkach i tylko w polowych mundurach mimo siedmiocalowej warstwy śniegu.

W trakcie ćwiczeń w górach miało miejsce pewne zdarzenie, które jak okazało się później, w walce, było bardzo przydatną lek­cją. Pewną część czasu poświęcono na naukę wiązania węzłów, stosowanych przy wspinaczce. Należąc do Junior Missionary Volunters, Desmond zapoznał się wszechstronnie z tym sportem. Mimo to, brał jednak udział w szkoleniu i we wszystkich ćwicze­niach. Pewnego dnia zabrakło lin i Desmond nie miał na czym ćwiczyć. Dwaj inni żołnierze mieli długą linę i każdy z nich posłu­giwał się jednym jej końcem, Desmond wykorzystał więc środkową część, składając ją we dwoje. Gdy wiązał bulinę, węzeł, który nie zaciska się nawet pod dużym obciążeniem, stwierdził, że zrobił jednocześnie dwa węzły zamiast jednego. Oba trzymały dobrze. Nigdy przedtem nie zrobił czegoś takiego, teraz więc przećwiczył to kilka razy, aby dobrze zapamiętać.

W następnym tygodniu, był to marzec 1944 roku, 77 dywizja odbyła swą ostatnią podróż na terenie Stanów. Dobrze wyszkoleni, pełni sił i zapału, zdecydowani sprawdzić się w walce, ludzie spod znaku Statuy Wolności wyruszali z Camp Pickett specjalnymi po­ciągami na zachód, w kierunku Pacyfiku i Japonii. Dorothy, podo­bnie jak żony innych żołnierzy, otrzymała pozwolenie na wejście na teren kompanii, by pożegnać się z mężem. Dorothy i Desmond pożegnali się już wcześniej. Teraz stali, patrząc sobie w oczy i powtarzając, „kocham cię, kocham cię …”

Kolejnym większym miastem położonym na zachód od Camp Pickett było Lynchburg. Desmond miał akurat dyżur w kuchni i obierał ziemniaki w wagonie kuchennym, gdy zaczął rozpozna­wać znajome okolice rodzinnego miasta. Wiedział, że pociąg bę­dzie przejeżdżał w pobliżu jego domu. Wiedział też, że ojciec lubi wyglądać na przejeżdżające pociągi. Desmond zwołał kolegów pracujących w kuchni, wszyscy wzięli ścierki i miotły i ustawili się w szerokich drzwiach wagonu. Desmond rozpoznał dom i postać w oknie.

— Dobrze, teraz! — wrzasnął, a koledzy zaczęli wymachiwać ścierkami i miotłami. Pan Doss roześmiał się i pomachał im ręką, nie mając pojęcia, że żegna się w ten sposób ze swym synem.

Desmond w mgnieniu oka chwycił papierową serwetkę i napisał na niej: „Droga Mamo i Tato, jestem w drodze. Módlcie się za mnie”.

Zawinął serwetkę w chustkę do nosa, napisał nazwisko i adres swoich rodziców i wyrzucił w nadziei, że ktoś znajdzie ją i doręczy rodzicom. (Istotnie, stało się to następnego dnia).

Pociąg przejeżdżał przez wysoki most w Lynchburg. Desmond z tęsknotą patrzył na miejsca tak dobrze znane z dzieciństwa. Dwa pożegnania jednego dnia to za wiele nawet dla żołnierza. Jego przygnębienie, i tak już wielkie, sięgnęło dna. Ogarnął go nagle lęk, że już nigdy nie ujrzy swych ukochanych. Pociąg wciąż powoli przejeżdżał przez most. Mógłbym jeszcze wyskoczyć, po­myślał zrozpaczony.

Zamiast tego, Desmond sięgnął do kieszeni munduru i wyjął z niego najcenniejszą rzecz, jaką posiadał. Była to Biblia, którą Dorothy dała mu po ślubie. Zaznaczyła w niej wiersz z 1 Listu do Koryntian 10,13, który miał być pocieszeniem dla Desmonda. Teraz przeczytał go znowu. „Dotąd nie przyszło na was pokusze­nie, które by przekraczało siły ludzkie; lecz Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli kuszeni ponad siły wasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyście je mogli znieść”.

Potem otworzył na pierwszej stronie. Był tam list, który, Dorothy włożyła do Biblii, zanim podarowała ją Desmondowi. Gdy pędzący pociąg unosił go coraz dalej na zachód, z każdą chwilą coraz dalej i dalej od tej, którą kochał, Desmond czytał, jak wiele razy przedtem, słowa napisane przez nią. „Gdy będziesz czytał i studiował bezcenne obietnice znaj­dujące się w Słowie Bożym, w tej małej Biblii, obyś otrzymał siłę we wszelkich trudnościach, jakie mogą Cię spotkać. Niech twoja wiara w Boga przyniesie Ci pocieszenie i da pokój serca, abyś nigdy nie był smutny albo samotny, choć­by przyszłość wydawała się najciemniejsza. Jeśli nie spotkamy się więcej na tej ziemi, mamy pew­ność, że będziemy w niebie. Niech Bóg w swojej łasce spra­wi, abyśmy byli tam razem”.

Desmond zamknął Biblię i schował ją do kieszeni, blisko serca. Co za wspaniały list. Znowu pocieszył go i dodał odwagi. Westchnął i wrócił do swoich ziemniaków. Był na wojnie.


powrót do listy artykułów

następny artykuł