Home

Uprzedzenia

O Desmondzie


Czyż nie należało oczekiwać, że gorliwy, pilny sanitariusz zyska powszechne uznanie i sympatię ? Działo się wprost przeciwnie, był on uważany za kulę u nogi i przyczynę wszelkich kłopotów nawet w dowództwie pułku.

Dlaczego narzekano na niego, skoro starał się być wzorowym żołnierzem, bardziej zaangażowanym z powodu przekonań, niż wstrzymującym się od służby we wszystkim, czego nie zabraniała mu religia?

Było kilka argumentów przeciw niemu. Pierwszym z nich było ogólne uprzedzenie do kogoś, kto uchyla się od służby, mimo, że Desmond starał się wyjaśnić powód swojego stanowiska wobec używania karabinu. W dywizji byli trzej uchylający się od służby, ale Desmond nie miał z nimi nic wspólnego. Szczerze chciał służyć swemu krajowi, nie chciał tylko zabijać. Tamci zaś buntowali się przeciwko wszystkiemu. Ich celem było unikanie jakiejkolwiek pracy. Jeden z nich, mający czarne zęby od żucia tabaki, był niesamowicie odpychającym typem. Pewnego dnia przydzielono ich do dywizji, z czego wszyscy byli zadowoleni, ale Desmondowi z trudem przyszło znosić ich towarzystwo.

— Wy, gnojki, jesteście wszyscy tacy sami — powiedział pewien sierżant któregoś dnia. — Umiecie gadać o wolności religijnej, ale gdy kraj potrzebuje was, by bronić tej wolności, trzęsiecie portkami.

— Myli się pan, sierżancie — odrzekł odważnie Desmond. W moim Kościele uczono nas lojalności wobec władzy, tak jak mówi o tym Biblia. Nigdy nie widział mnie pan, żebym nie zasalutował przed sztandarem, czy wymigiwał się od czegokolwiek. A poza tym kocham ten kraj tak samo jak pan. Nieraz, gdy piechota maszerowała na strzelnicę, by spędzić dzień na ćwiczeniach w strzelaniu, Desmond szedł także, ale oczywiście bez karabinu. Złość w nich wzbierała, gdy spoceni, zmęczeni, oddając strzał za strzałem, aż w uszach dzwoniło, a ręce bolały ze zmęczenia, patrzyli jak ich sanitariusz stoi obok, nic nie robiąc.

Jednak najważniejszym powodem niepopularności Desmonda była jego wierność czwartemu przykazaniu. „Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić”, powiedział Pan Bóg Mojżeszowi 3500 lat temu, a Desmond jak widać przyjmował słowa Boga bez zastrzeżeń. Te słowa były skierowane do całego rodzaju ludzkiego, a więc do niego, Desmonda Dossa, także. Nikt — czy to dowódca batalionu czy pułku, czy dywizji, czy nawet prezydent Stanów Zjednoczonych — nie mógł nakłonić Desmonda do nieposłuszeństwa nakazowi Boga. Jedyny wyjątek został wskazany przez Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Desmond czytał w swej Biblii, że Jezus uzdrawiał chorych w sabat. Sam więc był również gotów pomagać w sabat chorym czy rannym.

Tutaj jednak, w Południowej Karolinie, tysiące mil od frontu, chorzy byli zabierani do szpitala i nie było rannych. Desmond nie widział przekonywającego powodu, aby być nieposłusznym czwartemu przykazaniu.

To, że Desmond nie święcił niedzieli, pierwszego dnia tygodnia, lecz sobotę, siódmy dzień, było dla niego powodem wielu kłopotów w 77 Dywizji. „Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy.” Desmond miał te słowa w sercu od tak dawna, jak tylko mógł sobie przypomnieć. 77 Dywizja, tak jak całe siły zbrojne, uznawała oczywiście niedzielę za dzień odpoczynku i nabożeństwa. Praktycznie wszelkie zajęcia w Fort Jackson kończyły się w sobotę wieczorem i zaczynały dopiero w poniedziałek rano. Na miejscu była kaplica, w której odbywały się nabożeństwa protestantów i katolików. Każde większe wyznanie miało swojego kapelana, który prowadził niedzielne nabożeństwo. Manewry były zwykle tak planowane, aby kończyły się przed niedzielą, ale jeśli miały się przedłużyć, zapewniano możliwość zorganizowania polowych nabożeństw.

Święcąc siódmy dzień tygodnia w armii, gdzie zachowywano pierwszy dzień, Desmond znalazł się w podwójnie trudnej sytuacji. Po pierwsze przykazanie zabraniało mu pracować od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę, a to wymagało, aby co tydzień oficjalnie zwalniać się z zajęć odbywających się w tym czasie. Po drugie, ponieważ na miejscu nie było żadnych chrześcijańskich nabożeństw w sobotę, Desmond musiał się starać o przepustkę do miasta, by móc udać się do zboru. W piątek po zachodzie odbywały się tam spotkania młodzieży, a w sobotę rano uroczyste nabożeństwa.

Bardzo szybko stało się jasne, że w sprawie stosunku do sabatu istnieje sprzeczność stanowisk pomiędzy Armią Stanów Zjednoczonych a szeregowcem Desmondem T. Dossem i że jedna ze stron będzie musiała ustąpić, a nie będzie nią Desmond. Pierwszy konflikt na tym tle miał miejsce w drugim dniu jego pobytu w wojsku. Do jednostki przybył w piątek. W sobotę rano sierżant kazał wszystkim szorować podłogę w barakach przed sobotnią inspekcją. Desmond odmówił wykonania polecenia. Przyszedł do armii przygotowany na to, że będzie musiał wykonywać pewne niezbędne czynności w sabat, tak jak czynił to Chrystus. Szorowanie podłogi nie było jednak, według niego, takim obowiązkiem, który nie mógłby zaczekać na inny dzień tygodnia. Na pewno nikt nie zgodziłby się szorować podłogę w niedzielę.

Sierżant wezwał porucznika. Porucznik też nie poradził sobie z upartym czcicielem sabatu, więc mocno zdenerwowany kazał mu opuścić barak. Doss wyszedł na zewnątrz, ale przechodzący obok major kazał mu wejść do środka. Swój pierwszy sabat w armii spędził przestawiany z jednego kąta baraku w drugi, podczas gdy inni pracowali i rzucali mu przykre i wulgarne docinki.

W najbliższy piątek Desmond rozmawiał z kapelanem w sprawie otrzymania przepustki do zboru w pobliskim miasteczku Columbia. Kapelan, kapitan Stanley, stwierdził, że regulamin zabrania udzielania przepustek z jakiegokolwiek powodu w ciągu dwóch pierwszych tygodni od chwili skoszarowania.

— Wierzę, że Bóg znajdzie sposób, żebym mógł pójść do zboru powiedział szeregowy Doss kapelanowi. Kapitan Stanley westchnął. Znał adwentystów.

— Zobaczę, co się da zrobić w dowództwie — rzekł. Tego wieczora Desmond otrzymał przepustkę.

W następnym tygodniu Desmond został przeniesiony z kompanii strzeleckiej do batalionu medycznego. Zameldował się u dowódcy batalionu, majora Freda Steinmana, i poprosił o przepustkę na sobotnie nabożeństwo. Majorowi zależało na jak najszybszym wyszkoleniu batalionu. Dał Desmondowi przepustkę, ale gdy zaczął on przychodzić co tydzień w tej samej sprawie, major rozzłościł się.

— To jest ostatni raz — powiedział któregoś piątku. — Nie przychodź mi więcej po przepustkę na sobotę.

Desmond wiedział, że major mówi to, co myśli. Następnego dnia w zborze poprosił, aby modlono się za niego. W piątek poszedł kolejny raz po przepustkę. Major wybuchnął gniewem i wyrzucił go. Desmond udał się do kapitana Stanley’a. Kapelan poruszył tę sprawę w dowództwie. Zadecydowano, że żołnierz adwentysta ma mieć wolną sobotę, tak jak inni mają niedzielę. Desmond wygrał tym razem, ale w armii nie jest mądrą rzeczą wygrać z majorem, gdy się jest szeregowcem.

W rzeczywistości Desmond nie miał żadnego przywileju w stosunku do swoich kolegów. W zamian za soboty musiał spełniać specjalne obowiązki w niedzielę i to przez cały dzień. Niewielu jednak wiedziało o tym, stąd też jego prawo do wolnej soboty wzbudzało oburzenie. „Dostajesz więcej przepustek niż generał”, narzekali.

Cała sprawa wywoływała coraz większe rozgoryczenie wśród żołnierzy. Odmienny sposób bycia i zwyczaje, bezczynność na strzelnicy, a teraz ten wyjątkowy przywilej. Wieść o dziwnym żołnierzu rozeszła się po całym pułku. Pewnego dnia Desmond natknął się na Kargera, tego twardego draba z kompanii D, który z taką rozkoszą dokuczał mu poprzednio. — Co, Doss, myślisz, że jesteś święty? — warknął Karger, dodając parę wulgarnych przekleństw. — Zobaczysz, gnoju, jak pójdziemy na front, palnę ci w łeb jak psu.

Nie jest łatwo żyć wśród ludzi, którzy cię nienawidzą, zwłaszcza gdy jesteś powołany do tego, by tym ludziom pomagać. Desmond jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny i przygnębiony


powrót do listy artykułów

następny artykuł