Home

Samotność w tłumie

O Desmondzie


Wiara wyrażana w kościelnej ławie ma nieokreśloną wartość, dopóki nie musi być potwierdzona przez czyn wiary. Choćby tak niewielki, jak uklęknięcie do wieczornej modlitwy przed całymi koszarami.

Zbliżał się czas na sygnał ogłaszający ciszę nocną. Długie drewniane baraki kompanii D były pełne hałasu i zamieszania spowodowanego przez przygotowania do nocnego spoczynku. Minął wyczerpujący, nerwowy dzień. Znana z l wojny światowej 77 dywizja została reaktywowana, by walczyć w kolejnej wojnie, i właśnie rozpoczęły się ćwiczenia. Emblemat dywizji — Statua Wolności, umieszczony na dachu kwatery dowództwa, był tak jak ludzie, przywrócony do służby w dywizji, jako charakterystyczny dla nowojorskiego środowiska. Wielu mężczyzn pobór dosięgnął jeszcze zimą i wiosną 1942, tuż po Pearl Harbour. Byli oni starsi, twardsi i bardziej cyniczni niż przeciętni poborowi. Teraz, łażąc na wpół ubrani — w zielonych drelichach, w roboczych bluzach koloru zgniłej kapusty — głośno i niecenzuralnie przeklinali wszystko i wszystkich, tak jak tylko nowojorczyk potrafi.

Pośród tego zbiorowiska zrzędzących rozrabiaków, na starannie zaścielonym łóżku cicho siedział szczupły chłopak o brązowych, falujących włosach. O ile miniony dzień był trudny do zniesienia dla starych twardzieli, dla niego był koszmarem.

Zgodził się służyć w armii pod warunkiem, że zostanie przydzielony do oddziału nieliniowego. Miał pisemne zapewnienie prezydenta Stanów Zjednoczonych i szefa sztabu armii, że nie będzie nosił broni. Chciał szczerze służyć swemu krajowi. Sądził, że zostanie przydzielony do służby medycznej. Znalazł się jednak w kompanii piechoty. Z pozoru wyglądający na gamonia, wolno wypowiadający słowa, zdecydowanie różnił się od reszty ludzi w barakach.

Młody żołnierz otworzył Biblię i zaczął czytać. Nie było to przypadkowe szukanie pocieszenia w trudnej sytuacji, ale jego stały punkt dnia. Zawsze znajdował w Biblii pokrzepienie i uspokojenie. Po kilku minutach zamknął księgę i w naturalnym odruchu, wyrobionym przez wiele lat, uklęknął obok łóżka, aby się modlić.
— Hej, patrzcie! Klecha! — zawołał ktoś przekrzykując gwar. – Modli się!

Szydercze wycie, gwizdy i śmiech wprawiły barak w drżenie. Młody żołnierz nie przestał się modlić, pozostał nieruchomy na kolanach. Ludzie z wielkiego miasta, rozdrażnieni i wyprowadzeni z równowagi po dniu pełnym napięć w nowym, zmuszającym do uległości środowisku, byli gotowi wyładować swe zdenerwowanie na kimkolwiek, i teraz znaleźli odpowiedni obiekt. Ciężki wojskowy but przeleciał nad łóżkiem i upadł na podłogę tuż obok modlącego się chłopaka. Za nim poleciały następne, a wraz z nimi bluźniercze przycinki. Klęczący chłopak trwał nieporuszony, mimo lęku i zmieszania uderzającego mu gorącą falą do głowy. Nie chciał oberwać butem, ale też nie chciał w połowie przerwać modlitwy. Rozmawiał przecież ze swoim Panem!Z zewnątrz dobiegł sygnał ogłaszający porę gaszenia świateł. Dyżurujący sierżant wsunął głowę przez uchylone drzwi i wrzasnął:
— Hej, wy tam, uspokójcie się!

Światła zgasły. Zapanowała cisza. Młody żołnierz skończył swoją modlitwę i wsunął się pod przykrycie. Kiedy ostatni przeciągły sygnał rozbrzmiewał w ciemnościach nocy, on leżał cicho na twardej, wąskiej pryczy, a jego oczy płonęły w samotności i bólu.

Tak zakończył się pierwszy dzień szeregowca Desmonda T. Dossa z 77 Dywizji Piechoty.


powrót do listy artykułów

następny artykuł