Home

Przyjaciele

O Desmondzie


Nawet podczas przygotowań do wojny można w pokojowy sposób dzielić się przekonaniami religijnymi i zamiast wrogów, zjednywać sobie przyjaciół.
Biorąc wspólnie udział w ćwiczeniach, trzej sanitariusze coraz lepiej poznawali się nawzajem. Jednym z nich był Clarence C. Glenn, pyzaty młodzieniec o szerokim uśmiechu, który miał złotą protezę w jednym z przednich zębów. Drugi, James A. Dorris, był podobny do Glenna, ale poważniejszy od niego. Obydwaj, Glenn i Dorris, byli żonaci, a gdy Dorothy przeprowadziła się do Columbii, by być bliżej Desmonda, trzy małżeńskie pary często odwiedzały się nawzajem.

Clarence Glenn był pierwszym katolikiem z prawdziwego zda­rzenia, jakiego Desmond znał, a Desmond pierwszym adwentystą, pierwszym fundamentalistą, z którym Glenn rozmawiał. Choć nie­które z ich wywodów mogłyby przerazić teologa, nieraz spędzali kilka godzin dyskutując na temat swych zasad wiary.

– Nie mogę zrozumieć, czemu robicie tyle hałasu o to, żeby święcić sobotę, a nie niedzielę –  powiedział kiedyś Glenn.
– No pewnie, wiem, co mówi przykazanie, ale jeśli w praktyce większość chodzi do kościoła w niedzielę a nie w sobotę, to musi być wystarczający do tego powód.
– Jest powód, ale nie wystarczający — odrzekł Desmond.
– Pochodzi z czwartego wieku od faceta o imieniu Konstantyn. Był rzymskim cesarzem i został chrześcijaninem. Ale większość poddanych Rzymu w tamtych czasach było poganami, czcicielami słońca, którzy święcili dzień słońca — pierwszy dzień tygodnia, niedzielę. Konstantyn wpadł na pomysł, aby uczynić niedzielę oficjalnym chrześcijańskim świętem, aby pozyskać tych ludzi. Nie mógł ich pozyskać, więc nagiął chrześcijaństwo do nich.
– A co się stało z sobotą? — zapytał Glenn.
– Też ją zachowywano — odpowiedział Desmond.
– Chcesz powiedzieć, że wprowadził pięciodniowy tydzień pracy? – zapytał Glenn uśmiechając się i błyszcząc swoim złotym zębem.
– Owszem, to mam na myśli — zgodził się Desmond, ale się nie śmiał. Nie potrafił żartować z religii. — W każdym razie zachowywano obydwa te dni jednocześnie przez kilka wieków. Na początku sobota miała większe znaczenie, ale stopniowo większy nacisk zaczęto kłaść na święcenie niedzieli. W końcu niemal jedynymi ludźmi zachowującymi sabat byli Żydzi, którzy czynią to do dzisiaj.
– Ale popatrz Doss — przerwał mu Glenn. W 77 dywizji mówiono „Doss” i „Glenn”, nigdy po imieniu. — Przyszła mi na myśl taka sprawa: czy nie jest wam ciężko znaleźć robotę? Jak na przykład szef chce, żebyście pracowali w sobotę…?
– To jest problem, pewnie, ale Pan ma moc załatwić taką sprawę. Desmond zamyślił się. Jak mógłby opowiedzieć swoje osobiste doświadczenie dotyczące przestrzegania sabatu?

Gdy jego ojciec, Tom Doss, przyłączył się do Kościoła miał  przed sobą wielką próbę. Nie mógł znaleźć pracy przez wiele tygodni. Pewnej środy szef przyszedł do niego i popro­sił, żeby zajął się małym remontem, który potrwać miał około dwóch dni. Zabrał się ostro do pracy w czwartek i w piątek, ale mimo to pozostało kilka godzin roboty. Doss powiedział szefowi otwarcie, że w sobotę nie dokończy pracy; musi ona zaczekać do poniedziałku. Dodał, że nawet po zapłatę nie przyjdzie w sobo­tę. Czekał co powie szef. Wiedział, że może odmówić mu wyna­grodzenia za to, co już dotąd zrobił. W porządku Tom — odrzekł szef. — Skończ to w poniedziałek. Forsa poczeka, aż skończysz.

– Od tej chwili Tom Doss był gorliwym adwentystą, zdecydowa­nym wiernie zachowywać sobotę. Dziwne było też to, że odtąd zawsze miał mnóstwo roboty od poniedziałku do piątku.
– Widzisz więc — mówił Desmond Glennowi, kończąc opowiada — Bóg zatroszczył się o sprawę po swojemu i wszystko dobrze się skończyło.
– Dobrze, ale i tak robisz sporo rzeczy, które mi nie odpowiadają rzekł Glenn. — Utrudniasz sobie życie, Doss. Dziesięć procent żołdu posyłasz do Kościoła. Nie wolno ci zapalić papierosa ani napić się, choćby od tego zależało twoje życie. Nawet schabowego nie możesz zjeść!
– O tym wszystkim jest napisane w Biblii, w twojej też — powiedział Desmond. — Wieprzowina jest nieczysta, tak samo jak ślima Nie wiem jak one smakują, ale nie jeść ich, to dla mnie żadna trudność.
– No niech  będzie,  ale  Biblia nic nie  mówi  o  papierosach i o whisky.
– Rzeczywiście nie, ale Paweł w pierwszym Liście do Koryntian powiedział: „Świątynią Boga jesteście”. Wiedząc, że ciało jest świątynią Boga, nie zanieczyszczamy go nikotyną czy alkoholem, ani nawet kofeiną czy teiną. Nie sądzę też, abym wiele tracił przez Gdy byłem dzieckiem, paliłem kiedyś papierosa ze słomy, a nawet niedopałek cygara, ale przyprawiało mnie to o mdłości. Innym razem dostałem syrop przeciwko kaszlowi, zawierający alkohol, a potem nie mogłem się utrzymać na nogach. Raz mi wystarczyło.

Desmond znowu przerwał. Zastanawiał się, jak wyjaśnić temu nie żałującemu sobie niczego grubaskowi, że nawet gdy absty­nencja wydaje się czymś trudnym, to pozytywne strony adwentyzmu czynią takie wyrzeczenie jedynie przejściowym utrudnieniem w życiu. Sam przecież nie był jakimś umartwiającym się facetem; adwentyści naprawdę są szczęśliwi. Dążą do chwalebnego celu, z nagrodą przechodzącą wszelkie wyobrażenia. Adwentyści bowiem dosłownie pojmują słowa Chrystusa z dwudziestego czwarte­go rozdziału Ewangelii Mateusza, wiersza czternastego: „I będzie głoszona ta ewangelia o królestwie po całej ziemi na świadectwo wszystkim narodom, i wtedy nadejdzie koniec.” Rozumieją przez to, że gdy poselstwo o przyjściu Chrystusa zostanie wszędzie ogłoszone, wówczas Chrystus przyjdzie powtórnie na ziemię. Historia grzesznego świata dobiegnie końca, a wierni, którzy pro­wadzili chrześcijańskie życie i zwiastowali ewangelię, będą żyć w niebiańskim, doskonałym szczęściu na zawsze. Adwentyści mają niezrównany cel, jakim jest bezpieczeństwo w wieczności.

Czy to nie jest warte papierosów, kieliszka likieru, czy sałatki z krewetek? — zapytał Desmond. Glenn uśmiechnął się, pokazu­jąc złoty ząbek, i zaproponował, aby udali się na posiłek. Jednym z efektów takich dyskusji było coraz większe wzajemne zrozumienie. Według opinii ludzi z kompanii B innym pozytywnym rezultatem było to, że Glenn pracował za Dossa w soboty, aby mógł on pójść do zboru, a Doss za Glenna w niedzielę, aby mógł pójść na mszę. Zamiast upartego sanitariusza o przekonaniach kolidujących z obowiązkami, ludzie mieli teraz gorliwego młodego człowieka, gotowego pomagać im w każdym dniu tygodnia. Stało się to esprit de corps kompanii. Przestali chodzić z małymi dolegli­wościami do lecznicy batalionowej, woleli zostać na miejscu, zado­woleni, że ich trzej medycy zapewniają im dobrą opiekę.


powrót do listy artykułów

następny artykuł