Home

Przygotowanie do życia

O Desmondzie


Pełen miłości wpływ rodzinnego domu nauczył małego chłopca modlitwy za cierpiącymi oraz tego, że pomaganie jest nagrodą samą w sobie.

Na ścianie pokoju gościnnego w małym, przytulnym domku w Lynchburg w Yirginii wisiał oprawiony w ramki rysunek, ilustrujący dziesięć przykazań. Jako mały chłopiec Desmond często przysuwał do ściany krzesło i stając na nim, przyglądał się umieszczonym obok tekstu Bożych przykazań obrazkom. Każde przykazanie było odpowiednio zilustrowane. Najbardziej przykuwał jego uwagę rysunek, który towarzyszył szóstemu przykazaniu: „Nie będziesz zabijał”. Przedstawiał historię Kaina i Abla. Abel leżał na ziemi krwawiąc, a nad nim stał Kain z narzędziem zbrodni w ręce. Mały Desmond, gdy tak wpatrywał się w ten obrazek, był jednocześnie zafascynowany i przerażony. Jak człowiek może być tak zły, by zabić własnego brata?

Desmond należał do szczęśliwej rodziny, gdzie panowała miłość i ciepło. Jego ojciec, Wiliam Thomas Doss, z zawodu cieśla, dbał o wygodę i bezpieczeństwo swej żony i trojga dzieci. Desmond urodzony w lutym 1919 roku miał starszą o cztery lata siostrę Audrey i młodszego o dwa lata brata Harolda Edwarda.

Pewnego razu Harold zachorował na szczególnie niebezpieczny rodzaj grypy, powodującej wysoką gorączkę. Reszta rodziny siedziała przy nim przez całą noc. Gdy jego stan wciąż się pogarszał, tak iż Harold zaczął majaczyć jak w agonii, jego matka upadła obok łóżka na kolana i zaczęła się modlić. Desmond zapamiętał, że powtarzała słowa z modlitwy Pańskiej: „Bądź wola Twoja”,a potem mówiła:”A jeśli jest Twoją wolą, o Panie, zabrać Harolda, to proszę, uczyń to jak najszybciej. Proszę Cię, niech nie cierpi już dłużej. Ale jeśli nie jest Twoją wolą wziąć go teraz, oszczędź mu, proszę, tego bólu. Prosimy Cię w imię Jezusa”. Wkrótce po tej modlitwie gorączka zaczęła opadać i Harold zapadł w głęboki spokojny sen. Doktor, który przybył rankiem, był zdumiony nagłą poprawą. Pani Doss powiedziała mu o tym, jak się modliła. Doktor pokiwał głową ze zrozumieniem. — Synu — rzekł do Harolda — Pan cię oszczędził. To nauczyło młodego Desmonda modlić się za innych.

Stojąc na krześle w salonie i oglądając ilustrację przedstawiającą Kaina mordującego swego brata, Desmond wiedział, że będzie przestrzegał szóstego przykazania i wszystkich innych do końca swego życia.

W młodzieńczych latach Desmonda najpopularniejszym sportem w Lynchburg był baseball. Dzieci uganiały się za piłką od pierwszego dnia wiosny i nie przestawały grać aż do późnej jesieni. Desmond brał udział w tych zabawach więcej niż ktokolwiek inny, do dnia, w którym przewrócił się i skaleczył sobie rękę o stłuczoną butelkę. Ostre szkło naruszyło kilka ścięgien jego dłoni. Lekarz obejrzał rękę i delikatnie poruszył zwisającymi palcami, po czym smutno pokręcił głową i rzekł: „Desmondzie, ta ręka już nigdy nie będzie w pełni sprawna”.

Mama Desmonda nie dawała jednak za wygraną. Gdy rana zagoiła się, zaczęła regularnie masować uszkodzoną rękę poruszając dłoń i palce. Przy pomocy i zachęcie matki Desmond sam zaczął ćwiczyć poruszanie palcami. Jednak blizna na dłoni wciąż dawała o sobie znać. Desmond nie mógł brać udziału w sportach wymagających obu sprawnych rąk.

Z początku młody Desmond czuł się zdruzgotany. Jednak w miarę upływu czasu, odkrył, że jest wiele wspaniałych rzeczy poza baseballem, które mogą dać zadowolenie młodemu człowiekowi. Zamiast siedzieć w domu i rozmyślać nad swoim nieszczęściem, zaangażował się w obowiązki domowe w większym stopniu, niż od niego wymagano. Jego matka kochała kwiaty, więc Desmond spędzał całe godziny sadząc wraz z nią i pielęgnując piękne rośliny. Mieli tak dużo kwiatów, że zaczęli obdarowywać nimi innych. Najpierw dawali kwiaty swoim sąsiadom, zwłaszcza jeżeli zdarzyło się, że ktoś z sąsiedztwa zachorował. Ludzie otrzymując kwiaty byli tak uszczęśliwieni, że Desmond zaczął je zanosić do szpitala, a nawet do miejskiego więzienia. Dzielenie się ich pięknem dawało mu nawet więcej radości niż pielęgnowanie ich. Te wizyty nie zawsze były przyjemne. Pewien pacjent, ubogi, stary człowiek, nie mający już ani krewnych, ani przyjaciół, umierał na nieuleczalną chorobę. Nie był w stanie sam spożyć posiłku, więc Desmond zdecydował się zostać przy nim, aby się nim opiekować. Ból, jaki cierpiał ten stary człowiek, był tak okropny, że Desmond patrząc na niego czuł się tak, jakby to on sam cierpiał. Nie mogąc tego znieść, pobiegł po lekarza.

— Proszę, niech pan da mu coś przeciw bólowi! — błagał. Doktor położył mu rękę na ramieniu. Dałem mu już potężną dawkę — rzekł. — Nie mogę dać mu ani trochę więcej. Desmond nauczył się wówczas, że nawet w takim nieszczęściu uczynienie wszystkiego, co można uczynić, by pomóc drugiemu człowiekowi, daje poczucie zadowolenia. Pomaganie jest nagrodą samą w sobie. Ale czasami rezultaty takiej pomocy mają szerszy wymiar. Pewnej soboty przerwano nabożeństwo, aby ogłosić, że pewna kobieta, która kiedyś należała do Kościoła, jest w krytycznym stanie i potrzebuje transfuzji krwi. Desmond razem z kilkoma osobami popędził do szpitala.

Nikt nie zwracał uwagi na to, że ani ta kobieta, ani jej mąż nie brali udziału w życiu Kościoła. Byli kiedyś adwentystami, ale w wyniku pewnych nieporozumień po przybyciu do Lynchburg, odeszli. Sądzili, że nie będą mile widziani, gdyby chcieli wrócić, więc powodowani źle pojętą ambicją, postanowili nie wracać do tej społeczności.

Jedynie Desmond miał tę grupę krwi, która była potrzebna. Był szczupłym nastolatkiem, ale stan chorej wymagał natychmiastowej transfuzji, więc oddał krew bez wahania. Gdy potem chciał wstać z łóżka, na którym leżał, musiał mocno chwycić się jego brzegu, aby nie upaść. Kobieta wróciła do zdrowia. Razem z mężem zaprosili Desmonda, aby ich odwiedził. Gdy przyszedł, chcieli mu zapłacić za to, co zrobił, a gdy zdecydowanie odmówił, zaproponowali, że dadzą mu taki prezent, jaki sobie tylko zażyczy. — O tak, możecie mi dać prezent — odpowiedział chłopiec. Przyjdźcie do Kościoła.

Przyszli i stali się aktywnymi członkami miejscowego zboru.


powrót do listy artykułów

następny artykuł