Home

Poznanie Dorothy

O Desmondzie


W ciężkich chwilach nie pomoże matka ani kaznodzieja, ani ka­pelan wojskowy. Desmond zwierzał się swojej dziewczynie.

Jego dziewczyna była piękną blondynką, poważną i tak jak on gorliwą adwentystką. Nazywała się Dorothy Schutte. Była jednym z siedmiorga dzieci weterana l wojny światowej, który z trudem utrzymywał swą rodzinę z woj­skowej renty. Dorothy pragnęła osiągnąć coś w życiu. Zdawała sobie sprawę, że pierwszą rzeczą jest zdobycie wykształcenia. Na to jednak potrzeba było pieniędzy. Będąc więc na studiach podjęła pracę kolporterki adwentystycznych książek. Desmond spotkał ją po raz pierwszy, gdy pracowała w Lynchburg. Desmond i jego rodzina, jak większość ludzi z Południa, a zwłaszcza adwen­tyści, są bardzo gościnni. Dorothy otrzymała więc zaproszenie na piknik któregoś sobotniego popołudnia.

Adwentyści tworzą ścisłą społeczność, coś w rodzaju wielkiej rodziny, było więc zupełnie naturalne, że Desmonda interesował los tej ambitnej dziewczyny, pragnącej zdobyć wykształcenie. Na­leżała ona do osób, które mu imponowały i które chciał lepiej poznać.

Desmond nie był kochliwym chłopakiem. Przebywał wśród mło­dych adwentystów, ale nigdy nie oglądał się za dziewczynami. Postanowił sobie zachować swe najgłębsze uczucia dla tej, która zostanie jego żoną. Gdy po raz pierwszy umówił się na randkę, miał już 22 lata. Było to wtedy, gdy pracował w stoczni, przed wcieleniem do armii. Zarabiał wówczas dolara na godzinę; kupił używany samochód; czuł się bogaty. Pewnego sobotniego poranka jechał 200 mil do Waszyngtonu, gdzie wówczas pracowała Dorothy, aby się z nią spotkać.

Ludzie już schodzili się na nabożeństwo. Rozglądał się za Dorothy, ale nie mógł jej do­strzec. Wreszcie nabożeństwo zaczęło się, więc wszedł do kaplicy i zajął miejsce. Wprost przed nim siedziała ona! Upewnił się, że się nie myli i szepnął „Cześć!”, ale ona uciszyła go, nawet się nie odwracając! Jechał 200 mil, żeby usłyszeć „sza”!

Po nabożeństwie wiele osób wychodziło na zewnątrz i witało się z przyjaciółmi. Dorothy stała w towarzystwie dwojga młodych ludzi, którzy niedawno się pobrali. Gdy Desmond podszedł do niej, właśnie zapraszali ją na obiad. — Dorothy zje dziś obiad ze mną! — powiedział bez namysłu.

Dorothy spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale nie zaprzeczy­ła. Byli razem na obiedzie i przez całe popołudnie, na kolacji rów­nież.

Desmond był dobrze znany w zborze jako jeden z aktywistów młodzieżowych. Mieli z Dorothy wiele wspólnych zainteresowań i mnóstwo wspólnych przyjaciół, nie brakowało im więc tematów do rozmów. Desmond miał wrócić tego samego dnia, ale postarał się o tym zapomnieć. Został i spędził również niedzielę w towarzystwie Dorothy. Po raz pierwszy Desmond po­stawił obowiązek na drugim planie. Gdy jednak przy pożegnaniu Dorothy powiedziała, że chętnie zobaczy go znowu, wracając przez całą drogę śpiewał z radości.

Odtąd Desmond jeździł do Washingtonu co tydzień. Podczas kolejnej wizyty wybrali się wraz z dwójką przyjaciół na przejażdżkę. Gdy jechali krętą, górską drogą przez Rock Greek Park, Desmond pocałował Dorothy. Miał szczęście, że nie dostał po głowie — Dorothy była zmieszana i wściekła na niego. Jej twarz oblał ognisty rumieniec. Nigdy jeszcze nikt nie pocałował jej w taki sposób. Tak jak Desmond, chciała swą miłość zachować dla tego, którego wy­bierze na całe życie.

Wówczas Desmond patrząc jej prosto w oczy powiedział krót­ko, kocham cię. Pierwszy raz w życiu mówił takie słowa. Pocału­nek został usprawiedliwiony, bo Dorothy wyznała, że też go kocha.

Desmond był w sytuacji, która zmuszała go do odłożenia na jakiś czas oficjalnych oświadczyn. Rozmawiał z Dorothy na temat małżeństwa. Byli zgodni co do tego, że należy poczekać do końca wojny. Desmond wiedział, że każdego dnia może zostać powołany do armii. Gdy otrzymał wezwanie, pojechał ostatni raz do Waszyngtonu, by spotkać się z Dorothy.

– Będziesz czekać na mnie? — zapytał.
– Będę — odpowiedziała. Były to najwspanialsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszał.

Ostatnie dni spędzili na rozmowach o tym, jak ułożą swe wspólne życie po wojnie. Ich marzenia były zdumiewająco podob­ne. Oboje nie pragnęli ani wielkiego domu ani bogactwa. Byliby zadowoleni mieszkając nawet w bardzo skromnym domu, byleby to był dom chrześcijański. Byli zgodni co do potrzeby codziennych porannych i wieczornych nabożeństw rodzinnych. Pragnęli, aby ich dzieci wierzyły w Jezusa i kochały Go.

Rozstali się ze łzami w oczach, ale byli przekonani, że postępu­ją właściwie.

Stopniowo Dorothy i Desmond zaczęli sobie zdawać sprawę, co oznacza dla nich czekanie, aż wojna się skończy. Oboje radzili się swych pastorów, którzy odpowiedzieli im, aby uczynili to, co uważają za najlepsze. To była odpowiedź, której oboje pragnęli, gdyż wydawało się im, że najlepiej byłoby być razem, jako mąż i żona, najszybciej jak to możliwe. Dorothy i jej mama zaczęły robić przygotowania do zaślubin w zborze. Desmond dostał urlop. Wzięli ślub w zborze Dorothy, a potem wrócili razem do Fort Jackson. Jej bliskość czyniła życie w wojsku lżejszym.


powrót do listy artykułów

następny artykuł