Home

Pochód przez dżunglę

O Desmondzie


Skrajne zmęczenie, wilgoć, zimno, stałe zagrożenie życia. Tylko opanowanie i modlitwa dawały  Dossowi siłę do skutecznej służby w takich warunkach.

Posępne morze burzyło się tocząc spienione potężne fale. Duży transportowy okręt wznosił się i opadał, jak rozszalały morski potwór. Tuż przy jego burcie, podskakiwała chaotycznie, rzucana falami szarozielonego Pacyfiku, łódź desantowa. Ulewny deszcz zacinał uderzając zaciekle w peleryny, hełmy i twarze ludzi. W oddali majaczyły kontury brzegu, a wyjący wiatr tłumił odgłosy wystrzałów artyleryjskich i wybuchających pocisków.

W fatalnym nastroju i całkiem wyczerpany, płynąc w odkrytej łodzi w strugach deszczu, zaczął Desmond Doss wraz ze swym plutonem swą pierwszą akcję. Miała to być szybka i śmiała opera­cja. Jej powodzenie mogło przyczynić się do przesunięcia amery­kańskiego przyczółka o całe tysiąc mil w głąb pokrytego wyspami oceanu opanowanego przez Japończyków. Celem 77 dywizji była wyspa Guam, największa w archipelagu Wysp Mariańskich, nale­żąca do Stanów Zjednoczonych, a zajęta przez Japończyków nie­długo po Pearl Harbor.

Aż do przybycia na Hawaje 1 kwietnia 1944, w dwa lata po rozpoczęciu przez Desmonda służby, 77 dywizja przygotowywana była do tego typu operacji — ataku na silnie bronioną wyspę.

Częścią przygotowań było wyposażenie w broń wszystkich żoł­nierzy służby medycznej. Tragiczne doświadczenia nauczyły Amery­kanów, że Japończycy mieli specjalne polecenie wypatrywania i zabijania w pierwszej kolejności sanitariuszy, co jak słusznie przy­puszczało japońskie dowództwo, musiało przyczynić się do osła­bienia ducha amerykańskich żołnierzy. Pułkownik Gerald G. Cooney z dowództwa batalionu rozkazał Desmondowi nosić broń, a gdy ten odmówił, zdecydował, że musi on wrócić do Stanów. Kapitan Vernon, dowódca kompanii B, wstawił się za nim w osta­tniej chwili, i Desmond pozostał w kompanii.

Teraz, zbliżając się do Guam, Desmond nie był całkiem pewny, czy nie lepiej było wrócić. Poczuł ulgę, gdy dno łodzi z głośnym zgrzytem otarło się o rafę jakieś 400 metrów od brzegu. Opuszczo­no pomost i pierwszy z żołnierzy wszedł do wody. Sięgała mu po szyję. Doss zanurzył się po ramiona. Jego niżsi koledzy, obła­dowani plecakami, strzelbami i amunicją, potrzebowali pomocy w długiej, wyczerpującej wędrówce do brzegu.

Osłabieni wymiotami, wykończeni ćwierćmilowym marszem w głębokiej wodzie, ludzie z kompanii B zebrali się na plaży. Ame­rykańscy żołnierze polegli w walkach podczas pierwszego desantu,zostali pochowani, ale ciała Japończyków leżały porozrzucane bezładnie dookoła. Jedne były odwrócone twarzami do ziemi, inne leżały na plecach; wszystkie nosiły wyraźne oznaki rozkładu. Desmond starał się nie patrzyć na ciała. Armia usiłowała go nauczyć nienawiści i pogardy dla wroga, ale to się nie udało.

Wówczas nadszedł rozkaz, by jak najszybciej wyruszać. Zada­nie polegało na przejściu na drugi brzeg wyspy, na wschód, a potem na północ w kierunku Barrigady. Znajdowały się tam stu­dnie z pitną wodą. Mimo ulewy brakowało wody do picia. Na tej koralowej wyspie było tylko kilka studni. Barrigada musiała być więc zdobyta.

Do przejścia w prostej linii było około osiem mil w poprzek wyspy i kolejne pięć do Barrigady. Rzeczywista droga między wzgórzami i terenami porośniętymi dżunglą, w której czekały liczne pułapki, była o wiele dłuższa. Teren nie był bezpieczny. Zmierzając jak najszybciej do wody, pierwsze oddziały omijały japońskich snaj­perów, patrole i większe grupy żołnierzy. Batalion maszerował jako samodzielny oddział. Szli naprzód, a dżungla zamykała się za ich plecami.

Posuwali się raźnie naprzód, gdy rozległ się strzał. Kula jakie­goś snajpera świsnęła w powietrzu. Nikt z plutonu nie został jed­nak zraniony. Ludzie bacznie zwracali uwagę, gdzie stawiają nogi i starali się niczego niepotrzebnie nie dotykać. Ostrzeżono ich przed minami. Japończycy podminowywali nawet ciała swych zabi­tych kolegów. Przy najmniejszym poruszeniu eksplodował odbez­pieczony granat.

Ale oczywiście żaden Japończyk nie mógł zgubić amerykań­skiego wiecznego pióra. Nierozważny młody chłopak zauważył je, lśniące i piękne, leżące przy drodze. — Hej, patrzcie — zawołał — wieczne pióro!

Trzej inni zatrzymali się i podeszli, gdy schylił się, aby je pod­nieść, nagła eksplozja wstrząsnęła dżunglą. Pióro okazało się za­wleczką granatu wypełnionego fosforem.

Desmond usłyszał krzyk — Sanitariusz! Doss! Doss! Popędził naprzód. Poczuł zapach spalonego mięsa, zanim jeszcze podszedł do rannego, rozpalony do białości fosfor przylgnął do ich skóry. Najbardziej ucierpiał ten, który sięgnął po pióro. Jego tors był zmasakrowany i ociekał krwią. Inni byli poparzeni i poranieni kawałkami metalu.

Desmond postawił swoją torbę i zabrał się do pracy. Człowiek, który zdetonował pułapkę, był w ciężkim stanie. Stracił dużo krwi, był strasznie poparzony i znajdował się w głębokim szoku. Des­mond zatamował krwotok i opatrzył poparzenia. Inny ranny też był w kiepskim stanie. Dwaj pozostali wyglądali lepiej. Zanim Desmond skończył, czterej sanitariusze przyszli z noszami. Zabrali dwóch ciężko rannych do stacji pierwszej pomocy w obozie ci dwaj, któ­rzy czuli się lepiej, wrócili o własnych siłach.

Dopiero kiedy skończył, Desmond zdał sobie sprawę, że opatrzył swoich pierwszych rannych. Nie czuł paniki. Jeśli ci dwaj ciężko ranni przeżyją, stanie się to dzięki jego pewnemu, właściwemu działaniu. Zanim wyruszył, by dogonić swój oddział, Desmond za­trzymał się jeszcze dziękując Panu, że pomógł mu wszystko wła­ściwie wykonać.


powrót do listy artykułów

następny artykuł