Home

Niezłomny kontra pokorny

O Desmondzie


Klęcząc u stóp prześladowcy, Doss pokonał go…prostym zabiegiem medycznym.

Kapitan Vernon i inni oficerowie przywykli wymagać, by Doss wychodził ze zwiadowcami. Vernon odważny i uczciwy jak żaden oficer w armii, sam nie raz udawał się na patrol i oczekiwał, że żaden z jego żołnierzy nie uchyli się od tego zadania.

Dochodziło też do utarczek między niezłomnym kapitanem a dzielnym sanitariuszem. Gdy zdarzało się, że ktoś był lekko ranny, ale rana groziła infekcją, albo gdy ktoś miał gorączkę lub cierpiał na obstrukcję tak, że nie był w stanie normalnie pełnić zadania, Doss nalegał, aby odesłać pacjenta do lekarza, do batalionu medycznego. Czasami pacjent nie wracał. Kapitan uważał Dossa za nadgorliwca. On sam walczyłby tak długo, jak długo byłby przytomny i sądził, że jego ludzie powinni robić to samo.

– Ten człowiek nie był ciężko ranny — napadł któregoś dnia na Dossa — nie powinieneś był go odsyłać.
– Potrzebował lepszej opieki niż mogłem mu zapewnić, kapitanie – rzekł Doss spokojnie — nie miałem innego wyjścia.
– To przez ciebie, ty pigularzu, ci ludzie są tacy rozpieszczeni —wybuchnął Vernon — mamy tu prowadzić wojnę, a nie szpital!
– Kapitanie — powiedział Doss — niektórzy z nich są tak chorzy, że na nic się panu nie przydadzą. Idą w dżunglę, a nie wiedzą, co się dookoła nich dzieje. Jeśli tak dalej pójdzie, to przez nich zginą inni.

Ciężki bój trwał nadal, zwiększając liczbę ofiar. Japończycy, tropikalne choroby i ciężkie warunki — wszystko zbierało swoje żniwo. Silne, wytrzymałe stopy, które mogły nieść piechura przez dwadzieścia pięć mil z plecakiem i bronią, nie wytrzymywały ciągłej wilgoci. Choroba stóp, która doprowadzała do tego, że stały się one stopniowo czerwonymi, bolącymi kikutami, zaczęła się szerzyć w dywizji.

W końcu — myślał Desmond — i tak nie przekonam kapitana Vernona o tym, aby poważnie potraktował tę sprawę. Stanowczy dowódca kompanii nie mógł zrozumieć takiej słabości.

Dywizja 77 parła naprzód do Valencia, Libungao, Palompan. Wciąż utrzymywały się nędzne warunki. Nikt na wyspie nie miał suchych stóp. Któregoś dnia Desmond przyszedłszy do stacji medycznej niosąc rannego, zastał posłańca z kompanii B, czekającego na niego. Okazało się, że teraz Kapitan Vernon cierpiał z powodu choroby stóp! Po wszystkim co nawygadywał na łapiduchów i pigularzy, teraz potrzebował jednego z nich. Nikt z sanitariuszy nie chciał się nim zająć.

—  Ja bym mu opatrzył stopy — powiedział jeden z chirurgów z batalionu medycznego. —Opatrzyłbym mu tak, że więcej by na nich nie stanął.

Ale Desmond bez słowa zarzucił torbę na ramię. Mimo, że wizyta wymagała przejścia przez naszpikowaną snajperami dżunglę, mimo, że zachowanie kapitana Vernona wobec niego było wyjątkowo nieuprzejme, Desmondowi nawet nie przyszło do głowy, że mógłby nie pójść. Był sanitariuszem i chrześcijaninem. Miał obowiązek pomóc kapitanowi Vernonowi.

Znalazł nieszczęśliwego kapitana w namiocie dowództwa kompanii. Stopy Vernona były czerwone i nabrzmiałe, na twarzy malował się wyraz wielkiego przygnębienia. Desmond wiedział, co mogło się dziać w jego umyśle. Niezniszczalny człowiek z żelaza leżał teraz w męczarniach fizycznych i psychicznych. Chciał być teraz ze swoimi ludźmi. Po tym, jak naubliżał sanitariuszom, musiał teraz poddać się ich zabiegom.

– Cześć Doss.
– Cześć kapitanie. To było wszystko, co do siebie powiedzieli. Desmond zabrał się do pracy ze spokojem i wprawą. Opatrzył stopy kapitana smarując je specjalną maścią i delikatnie owijając bandażem. Po stokroć lepszy od niego Człowiek uklęknął kiedyś u stóp swoich uczniów i umył je, nie okazując przy tym cienia zmieszania. Tym bardziej on, Desmond Doss, żołnierz służby medycznej, mógł wykonać swój obowiązek z całkowitym spokojem. Gdy skończył, poradził Vernonowi, aby jak najmniej chodził i dbał o to, aby jego stopy były cały czas suche; w warunkach, w jakich się znajdowali, były to nieprawdopodobne wymagania. Desmond już miał się odwrócić i odejść, gdy jego były dowódca zaczął coś mówić, ale nie dokończył. Desmond rozumiał. Bardzo trudno człowiekowi takiemu jak Vernon, dowódcy kompanii, wyrazić wdzięczność wobec szeregowca. Wkrótce potem człowiek, który zastąpił Dossa jako sanitariusz w kompanii, zmarł na zapalenie płuc. Doss poszedł do kapitana Tanna i poprosił o przeniesienie z powrotem do kompanii B.
– Oszalałeś Doss? — zapytał kapitan.
– Nie, proszę pana. Chcę po prostu wrócić do swoich starych kolegów.

Kapitan Tann westchnął i załatwił przeniesienie. Gdy Desmond zameldował się u kapitana Vernona, dowódca przyjął go gburowato. Nie powiedział, że miło mu go znów widzieć. Ale gdy zakończył formalności, trochę się rozpogodził i rzekł:
– Doss, jeśli w kompanii będzie coś nie tak,  powiedz mi o tym, a ja doprowadzę to do porządku. Zrozumiałeś?!
– Tak jest.

Desmond wiedział, że w ten sposób Vernon wyraził zarówno wdzięczność jak i powitanie.


powrót do listy artykułów

następny artykuł