Home

Na skarpie Maeda

O Desmondzie


Bezpieczny w przekonaniu, że pomagając swym towarzyszom jest specjalnie strzeżony przez Boga, w milczeniu wykonywał swą pracę jako jedyny trzeźwo myślący człowiek na wzgórzu ogarniętym szaleństwem zabijania i trwogą śmierci.

Amerykanie stanęli twarzą w twarz z wrogiem. Kapitan Vernon wprowadził wszystkich ludzi na szczyt urwiska, gdzie okopali się, zajmując mocne pozycje. Jednak przewaga liczebna wro­gów i siła ich ognia zdawała się być miażdżąca.
Z początku zdawało się, że żołnierze panują nad sobą, ale nagle wybuchła panika. Oficerowie i podoficerowie biegali we wszystkie strony krzycząc, strasząc, starając się utrzymać ludzi na stanowiskach. Niektórzy z podoficerów skierowali pistolety przeciwko swoim ludziom, strasząc, że zastrzelą każdego, kto będzie próbował uciec. Jednak panika i histeria zapanowały na wzgórzu i cały batalion, czy raczej to, co z niego pozostało, zaczął biec do brzegu urwiska. Ludzie ranieni i zabijani kulami i odłamkami pocisków artyleryjskich padali pokotem.

W środku tego zamieszania był jedyny sanitariusz w całym batalionie, Desmond Doss. Biegał od jednego leżącego człowieka do drugiego robiąc, co tylko mógł. Nie myślał o ratowaniu siebie, był na to zbyt zajęty. Nie myślał o japońskich żołnierzach na szczycie wzgórza, strzelających i rzucających granaty. Bóg ratował go już tyle razy. Dlaczego miałby przestać teraz? Przygotowany dobrze do służby medycznej, doświadczony w dziesiątkach akcji bojowych, bezpieczny w przekonaniu, że pomagając swym towarzyszom jest specjalnie strzeżony przez Boga, Desmond Doss w milczeniu wykonywał swą pracę jako jedyny trzeźwo myślący człowiek na wzgórzu ogarniętym szaleństwem zabijania i trwogą śmierci.

Niektórzy z uciekających, widząc go spełniającego ze spokojem swoje obowiązki, ze wstydem zatrzymywali się w bezładnym pędzie ucieczki. Wielu pomagało mu odnosząc rannych na brzeg urwiska. Jednak przez większość czasu Desmondowi wydawało się, że jest sam na szczycie, opatrując rannych pod ostrzałem nieprzyjaciela, nosząc ich na brzeg i wracając po następnych.

Ci, którzy byli w stanie chodzić sami, zeszli po siatce na dół i leżąc u podnóża skały oddychali ciężko wracając do siebie. Upłynął jakiś czas, gdy jeden z nich spojrzał w górę i zobaczył stojącego na brzegu urwiska Desmonda Dossa, który jako jedyny nieranny człowiek pozostał na szczycie. Następną rzeczą, jaką ujrzeli ludzie na dole, były nosze z rannym żołnierzem, powoli opuszczane na linie z góry. Desmond przywiązał rannego do nich, a potem przywiązawszy linę do pnia złamanego drzewa, popuszczał ją po trochu, tak by ciężar wolno zsuwał się po ścianie. Kilka stóp nad ziemią lina, którą ranny był przywiązany do noszy, rozwiązała się i nieprzytomny człowiek omal z nich nie spadł. Kilku ludzi rzuciło się, by podtrzymać nosze.

– Weźcie go! — krzyknął Doss z góry. — Zaraz poślę następnych. Zanieście go szybko do stacji medycznej. Jak najszybciej! Jest ciężko ranny.

Ludzie odwiązali nosze i zdjęli z nich rannego. Zaczęli je przywiązywać z powrotem do liny, ale Desmond zatrzymał ich.

– Nie trzeba noszy — zawołał.

Widział, że ranny mało nie spadł z nich, i w jakiś sposób w całym tym zamieszaniu, w jego umyśle powstał nowy pomysł. Przypomniał sobie, jak zrobił bulinę z podwójnie złożonej liny w czasie ćwiczeń w górach w zachodniej Virginii. Teraz złożył podwójnie koniec liny i zawiązał ten sam węzeł. Powstały dwie pętle, które nie rozwiązywały się pod obciążeniem.

Brzeg urwiska zasłany był rannymi ludźmi przytomnymi i nieprzytomnymi. Desmond wybrał jednego z najciężej rannych. Przełożył jego nogę przez jedną pętlę. Następnie opasał liną klatkę piersiową i zrobił kolejny węzeł. Trzymając za linę przełożył rannego ostrożnie przez brzeg skały i wykorzystując pień sterczący z ziemi powoli opuścił go na dół.
— Ten człowiek jest w poważnym stanie — zawołał — odnieście go. Nie traćcie czasu!

W ten sposób pracując samotnie, jako jedyny sprawny żołnierz na szczycie urwiska, Desmond opuszczał jednego żołnierza po drugim, a jego koledzy odnosili ich w bezpieczne miejsce, gdzie mogli otrzymać fachową pomoc. Częściowo chroniły go nierówności terenu i kamienna ściana, ale gdy było konieczne pracować w pozycji stojącej, jego ramiona i głowa były odsłonięte. Jak to się stało, że nie dosięgły go kule Japończyków? Desmond widział w tym kolejny dowód opieki Boga.

Dlaczego Japończycy, gdy wyparli już Amerykanów ze szczytu, nie kontynuowali natarcia? Nie wiadomo. Być może podziemna eksplozja poczyniła zniszczenia uniemożliwiające kontratak. Możliwe też, że ogień artylerii i moździerzy skierowany po sygnale Vernona na wzgórze stanowił skuteczną zaporę.

W każdym razie Desmond pozostał na szczycie, dopóki wszyscy ranni nie znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Jak wielu ich było? Nikt nie liczył. Gdy było po wszystkim, do ludzi zaczęło dopiero docierać, co właściwie się stało. Nikt nie potrafił oszacować liczby uratowanych żołnierzy.

Kapitan Vernon i porucznik Gornto przypomnieli, że w całej akcji brało udział 155 ludzi. Zrobili szybki przegląd; tylko pięćdziesięciu pięciu ludzi u podnóża skały było w pełni sprawnych. Pozostali — sto osób — to ci, którzy zawdzięczali Desmondowi Dossowi ocalenie.

Desmond zaprotestował.

– Nie mogło być więcej jak pięćdziesięciu. Nie byłbym w stanie opuścić na dół więcej niż tylu.
– Dobrze, zrobimy z tego średnią — zaproponował kapitan Vernon.

Oficjalne dane to siedemdziesięciu pięciu ludzi uratowanych przez szeregowca Dossa.


powrót do listy artykułów

następny artykuł