Home

Na kłopoty sanitariusz

O Desmondzie


Wystarczył jeden forsowny marsz, by się przekonać, co jest warta jego praca.
Czekali na to od wielu dni. Wreszcie nadeszło. Kompania miała wyruszyć zaraz po śniadaniu na pierwszy długi marsz. Dwadzieścia pięć mil z pełnym plecakiem i karabinem. Marsz miał trwać osiem godzin, co oznaczało średnio ponad trzy mile na godzinę. Ten dzień miał pokazać, kto jest mężczyzną, a kto jeszcze chłopcem.

– O klecha — zawołał któryś ze strzelców, gdy Doss zajął swoje miejsce w 2 plutonie.
– Jak to  się  stało,  że  nie wziąłeś  sobie  dzisiaj  przepustki do kościoła?
– Eh, czym się ma martwić? — odburknął inny. — Bez broni, bez amunicji, ustawił się jak trzeba.

Milczący sanitariusz uśmiechnął się z politowaniem, ale nie zamierzał trudzić się wyjaśnieniami. Dwie brezentowe torby ważyły więcej niż karabin, amunicja i plecak. Desmond czuł jednak, że będą dzisiaj potrzebne. Dla Desmonda było to coś więcej niż tylko próba fizycznej wytrzymałości. To była pierwsza wspólna akcja z ludźmi, z którymi miał pójść na front. Został oficjalnie wyznaczony na opiekuna me­dycznego kompanii, jako jeden z trzech sanitariuszy, przydzielo­nych do kompanii strzeleckiej.

Tak jak w przypadku kompanii, do której został przydzielony na początku służby, ludzie z kompanii B pochodzili w większości z Nowego Yorku, a niemal wszyscy z północy Stanów. Byli starsi i twardsi i nie było dla nich nic świętego. Nigdy nie znali nikogo takie­go, jak ten mięczak z południa, nierozstający się ze swoją Biblią. Nazywali go „klechą”. Drażnili go swoimi uwagami na temat małżeń­stwa i znieważali Dorothy swoimi przyziemnymi opiniami na temat seksu. Desmonda przygnębiało to niesamowicie. Kochał Dorothy i wiedział, że jest ona kobietą o najwyższych ideałach moralnych. Małżeństwo rozumiał jako błogosławieństwo dane od Boga.

Mimo, że było jeszcze dość wcześnie, słońce nieźle już przy­piekało. Było parno. Gdy przeszli przez pierwsze z urwistych piasz­czystych wzgórz, ich zielone bawełniane drelichy pokryły się pla­mami od potu. Temperatura wzrastała, a przed nimi były jeszcze dwadzieścia cztery mile.

W południe słońce prażyło, jak piec buchający ogniem z nieba. Niektórzy wypili już cały zapas wody, a nie było gdzie jej uzupełnić. Chwiali się ze zmęczenia, ich oczy rzucały mętne spojrzenia, czer­wone twarze zroszone były potem. Nagle ktoś potknął się, za­chwiał, upadł na kolana, próbował wstać, ale bezwładnie osunął się na ziemię. Doss podbiegł do niego. To był jeden ze starszych żołnierzy, już dobrze po trzydziestce. Desmond przyłożył palce do jego nadgarstka. Jego skóra była zimna i wilgotna. Puls ledwo wyczuwalny. Typowy przypadek udaru cieplnego. Desmond zrobił wszystko, co mógł, następnie przekazał go sanitariuszom z ambu­lansu, który jechał w pewnej odległości za maszerującą kolumną. Potem biegiem dogonił kompanię. Kapitan Vernon, tak samo świeży i silny jak na początku, był wściekły na żołnierza, który zasłabł, i na Dossa, że nie postawił go na nogi.

Wczesnym popołudniem zatrzymali się, by spożyć posiłek, nie­wielką porcję suchego prowiantu. Desmond zdążył przełknąć zale­dwie pierwszy kęs, gdy żołnierz siedzący pod drzewem zawołał go. Miał zdjęty but i oglądał wielki pęcherz na swojej pięcie.

– Możesz coś z tym zrobić? — zapytał. – Postaram się — odrzekł Desmond. Przebił pęcherz sterylną igłą, zdezynfekował jodyną i założył opatrunek. Zanim skończył, już ktoś inny go zawołał. A potem jeszcze jeden, i jeszcze jeden, wszyscy z tym samym problemem. Podczas gdy ludzie z kompanii B leżeli plackiem na ziemi, Desmond uwijał się opatrując pięty. W kilku poważniejszych przypadkach zastosował grubszy tampon, by zła­godzić ucisk. Zdawało się, że odpoczywali tylko minutę, gdy sierżant dał gwizdkiem sygnał do wymarszu.

— Zbierać się — krzyknął. — Jest jeszcze długa droga z powro­tem. Odciski i otarcia stóp sprawiły, że w drodze powrotnej Desmond był przez cały czas zajęty. Opatrywał ludzi, jak tylko potrafił najlepiej, a potem biegiem doganiał swój pluton. Niektórzy z tych, którym udzielał pomocy, nie tylko nie należeli do jego plutonu, ale nawet do jego kompanii, lecz pomagał im, gdyż tego potrzebowali. Mimo, że musiał się nieźle nabiegać ze swoimi brezentowymi torbami ciążącymi niesamowicie na ramionach, Desmond ukoń­czył marsz ze swoim plutonem. Trzech ludzi z udarem leżało pod kocami. Wstrząsały nimi dreszcze. Desmond zajął się nimi, a gdy skończył, niemal wszyscy ludzie z jego plutonu pościągali buty i siedząc na łóżkach oglądali swoje stopy. Desmond nie zdążył nawet usiąść. Sprawdzał kolejno u wszystkich, czy może w czymś pomóc. Jeszcze rano niektórzy z nich kpili z niego, nazywając go klechą i robiąc mu przykre przycinki. Teraz, gdy leżeli bez sił, szczupły sanitariusz klękał przy ich łóżkach i opatrywał ich nogi. Tej nocy nie kpiono z Desmonda Dossa w barakach. Sprawdził się. Był teraz jednym z nich, chłopcem z kompanii B.


powrót do listy artykułów

następny artykuł