Home

Krwawy patrol

O Desmondzie


Nie tylko Doss, ale też jego koledzy doświadczyli tej dziwnej prawidłowości, że ratując innych, ratowali siebie.

Kapitan Yernon zabrał ze sobą znaczniejszych ludzi w kompanii, do których należał również Desmond, na szczyt wzgórza nazywanego Kroplą Czekolady, leżącego milę lub dwie za Urwiskiem Maeda. Stąd wskazał im następne wzgórze, które było kolejnym celem. Wyruszyli o 2.30 nad ranem. Pogoda jak zwykle była pochmurna; padały przelotne deszcze. Nocą nie było widać księżyca.

Desmond bardziej wyczuwał, niż zauważył, że przeszli przez łagodny szczyt wzgórza i schodzili już w dół na drugą stronę, gdy zaczęła się strzelanina. Wraz z dwoma strzelcami wskoczył do leja po bombie i pozostał tam. W pewnym momencie jeden z nich chwycił Desmonda za ramię i szepnął — Patrz!

W pobliżu, na tle nieba zamajaczyła postać japońskiego żołnierza. Sylwetka poruszyła się gwałtownie i Desmond zobaczył w powietrzu granat zataczający łuk, lecący wprost do leja, w którym siedzieli. Granat upadł tuż u jego stóp. Dwaj strzelcy leżeli po przeciwległej stronie leja.

Bez namysłu, jak chłopak podchodzący do znarowionego, kopiącego muła, Desmond nadepnął granat nogą. Poczuł potężny wstrząs. Nie bolało. Był raczej oszołomiony. Czuł się tak, jakby leciał w powietrzu głową do dołu. W uszach miał przeraźliwy szum. Potrząsnął głową i otworzył oczy. Był żywy. Obaj jego towarzysze zginęli, ale Japończyk wciąż był w pobliżu. Kolejny granat poleciał w ciemność, ale chybił. Nie myśląc o tym, jak ciężko jest ranny, Desmond wydostał się z leja. Czołgając się przez pobojowisko wołał raz po raz stłumionym głosem:

—  To ja, Doss. Jestem ranny.

Nikt nie odpowiadał. Czołgał się, dopóki nie wydostał się poza zasięg granatów.

Usłyszał z oddali czyjś okrzyk, że kompania wycofuje się. Zaczął czołgać się pod górę, ciągnąc lewą nogę za sobą. Rwący ból przeszywał ją od stopy po biodro. Przesunął rękę po udzie i łydce. Zdał sobie sprawę, że stracił i traci nadal dużo krwi, ale nie był w stanie sam zatamować sobie krwotoku. Słabł z minuty na minutę.

—  Co robisz w wypadku omdlenia lub upływu krwi? Unosisz stopy pacjenta.

Desmond odwrócił się o 180 stopni, tak że leżał teraz na zboczu głową w dół. Pozostał w tej pozycji dotąd, aż poczuł, że wraz z krwią napływającą do mózgu powraca mu pełna przytomność. Znowu zaczął czołgać się z wysiłkiem pod górę, dopóki nie pociemniało mu w oczach. Wówczas ponownie odwrócił się i nabierał sił.

W końcu osiągnął szczyt i popełznął w dół na drugą stronę. Zaczęło świtać. Ukrył się w leju.

– Kto jest? — odezwał się ktoś szeptem.
– Ja, Doss.

Właśnie na ciebie czekałem — powiedział żołnierz — dostałem w bark.

Pracując w półmroku Desmond opatrzył jego ranę. Potem zbadał swoją nogę. Gdy dotykał nogawki, wyczuwał pod nią grube skrzepy krwi. Starał się je usunąć, ale nogawka nasączona zakrzepłą krwią uniemożliwiała to. Zdyszany opadł na ziemię. Zbadał lewą nogę. Krew sączyła się z ran na pośladku i udzie. Wyczuwał palcami kawałki metalu tkwiące w ciele. Obandażował nogi, jak mógł najlepiej.

Wiedział, że nie da rady czołgać się dalej i postanowił zostać w leju, aż zrobi się widno. Miał przecież swoją kompanię. Dół był płytki, więc pożyczył saperkę od rannego żołnierza i próbował ją chociaż trochę pogłębić. Szło ciężko, więc dał spokój. Mimo, że ułożył się głową do dołu leja, zemdlał. Gdy otworzył oczy, było widno. Rozejrzał się dookoła. Pierwszą rzeczą, jaką zauważył, był pocisk armatni wbity w dno leja kilkadziesiąt centymetrów od jego głowy. Nocą kopał wokół niego łopatką. Gdyby go trącił… Na samą myśl odzyskał w pełni świadomość.

Dotąd nie pojawił się na tym terenie żaden sanitariusz. Wreszcie przybyli. Jeden z nich, Ralph E. Baker, dobrze znał Dossa. Wraz z kolegami zabrał swego przyjaciela i wyruszyli w drogę do stacji medycznej.

Czekał ich długi marsz przez niebezpieczny teren. Dzień był gorący i duszny. Desmond to tracił, to odzyskiwał przytomność. Budziły go wybuchy. Pociski z dział przeszywały dżunglę. Nieprzy­jacielskie czołgi strzelały w ich kierunku. Czterej sanitariusze gwałtownie padali na ziemię opuszczając nosze na błotniste podłoże. Ból był tak straszny, że Desmond niemal odchodził od zmysłów. Spojrzał w bok. Zaledwie kilka metrów od nich leżał amerykański żołnierz. Miał głowę całą we krwi, ale oddychał jeszcze. Desmond na pierwszy rzut oka widział, że tamten był w gorszym stanie niż on sam.

Gdy strzały umilkły i mieli już iść dalej, Desmond zsunął się z noszy.

–  Ten człowiek jest ranny w głowę — powiedział — weźcie jego. Baker i pozostali trzej żywo zaprotestowali. Desmond był ich przyjacielem.
– Doss, teraz ratujemy ciebie — powiedział Baker — i chcemy to zrobić do końca.
– Nie, proszę — upierał się Doss — wiesz przecież, że ranni w głowę mają pierwszeństwo. Weźcie tego człowieka. Ja mogę zaczekać. Nie wiadomo, jak długo już on tu leży.

Wreszcie przekonał ich. Włożyli nieprzytomnego człowieka na nosze i odeszli zostawiając Desmonda samego. Po kilku minutach ktoś jednak nadszedł. Desmond rozpoznał go od razu. Był to Lewis Brooks z Richmond. Był ranny, ale mógł chodzić. Zapropnował Desmondowi pomoc. Podniósł go, i Desmond zarzucił mu lewą rękę na szyję. Brooks podtrzymywał go w pasie. Zaczęli iść utykając przez pobojowisko w kierunku stacji medycznej.

W pewnej chwili Desmond poczuł coś jak uderzenie młotkiem w rękę opasującą szyję Brooksa. W sekundę potem usłyszał odgłos wystrzału. Snajper! Kula przebiła przedramię i utkwiła w ra­mieniu. Czuł, że złamała kości poniżej i powyżej łokcia. Gdyby nie utkwiła w ręce Desmonda, przebiłaby gardło Brooksa. Obaj padlina ziemię. Zauważyli lej i wgramolili się do niego. Desmond musiał podtrzymywać złamaną rękę, aby nie zwisała luźno. Czołganie się przy pomocy tylko jednej nogi nie było łatwe. Rany Desmonda sprawiały mu trudny do opisania ból. Kawałki metalu wbite głęboko w ciało na jego nodze i pośladku (było ich wszystkich siedemnaście) ocierały o kość przy każdym poruszeniu nogą. Szok i upływ krwi pozbawiły go resztki sił.

– Nie mogę już iść dalej — powiedział w pewnej chwili do Brooksa.
– Chcesz usiąść? — zapytał Brooks.

Desmond pomyślał o tym przez moment. Usiąść? Na czym? Na poszarpanym pośladku?

– Nie — odpowiedział.
– A może się położysz? — zapytał Brooks.

Desmond tylko skinął głową. Pociemniało mu w oczach. Poczuł, że osuwa się na ziemię.


powrót do listy artykułów