Home

Jak anioł stróż

O Desmondzie


Doss pracował nie dla ludzi, ale jakby dla samego Boga. Nawet wybierając nadprogramowe obowiązki, kierował się sumieniem.

Po zajęciu wioski Amerykanie zebrali poległych i złożyli ciała w jednym miejscu. Niektórzy z Komorów, rdzennych mieszańców wyspy, również stracili życie w bitwie. Desmond przechodząc koło miejsca, gdzie leżeli zabici, usłyszał cichy jęk. Zdawało mu się, że zobaczył, jak jeden z tubylców poruszył się. Ci ludzie bardzo sprzyjali Amerykanom. Desmond podszedł do leżącego i uklęknął przy nim. Nie wyczuwał tętna na ręce. Przyłożył delikatnie palce do tętnicy szyjnej. Wyczuł bardzo słabe pulsowanie. Ten człowiek żył! Desmond obejrzał go, znalazł ranę i założył opatrunek. Potem sprawdził wszystkich leżących. Jeszcze jeden, tym razem Amerykanin, także żył. Desmond kazał zabrać obu rannych do punktu medycznego. Odtąd nie zostawił nikogo, zanim nie przekonał się, czy rzeczywiście nie żyje.

– Za mało masz roboty z naszymi ludźmi? — zapytał Glenn —Dlaczego jeszcze się męczyć z tymi tubylcami?

– Dlatego, że nie do mnie należy sądzić, czy jedno z dzieci Bożych ma umrzeć czy jeszcze żyć — odpowiedział Desmond — to Pan ma o tym zadecydować, a nie ja. Ja mam zrobić wszystko, co mogę, by pomóc ludziom przeżyć.

 – A może oni mieli umrzeć?

– Myślę, że jeśli ktoś według nas zasługuje na śmierć, to tym bardziej powinien żyć, bo może poznać Jezusa, przyjąć Jego naukę i być zbawionym. Co gorszego może przydarzyć się śmiertelnikowi niż śmierć, gdy nie zasługuje na to, by żyć.

W Barrigadzie 307 pułk stracił osiemdziesięciu pięciu ludzi, któ­rzy zostali zabici albo ranni. Okropne warunki — ciągły deszcz, skażona woda, chmary much i komarów — także zbierały żniwo w postaci chorych. Natarcie było jednak kontynuowane. Patrole na pierwszej linii nieustannie badały przedpole. Jeśli nie natrafiły na opór, w ślad za nimi wyruszały większe oddziały. A jeśli odkry­wały nieprzyjacielskie pozycje, wyższe dowództwo podejmowało decyzję, kiedy i jakimi siłami zaatakować. Kiedykolwiek drugi pluton otrzymywał rozkaz wyruszenia na pa­trol, Desmond szedł z kolegami. Jego stary przyjaciel, sierżant Howell, jeden ze starszych rangą podoficerów w batalionie medycz­nym usłyszał, że Desmond wychodził na patrole wraz ze zwiadowcami.

– Straciłeś rozum, Doss? — zapytał ostro — masz nie dać się zabić, masz żyć, żeby im pomóc, gdy któryś dostanie. Jeśli cię kapitan Vernon albo ktokolwiek inny wysyła na patrol, powiedz mu, że nie masz obowiązku iść.

– Może i nie mam obowiązku iść — odpowiedział Desmond, ale mam przekonanie, że powinienem. Przecież oni są moimi kumplami. Mają rodziny, niektórzy z nich mają żony i dzieci. Jeśli się im coś stanie, chcę być przy nich i ratować ich.

Doss nie przestał chodzić na zwiady, bezszelestnie przemie­rzając dżunglę, bacząc na każdy podejrzany ruch, zachowywał stale wzrokowy kontakt ze swoimi kolegami, świadomy niebezpie­czeństwa ze strony pułapek i min. Gdy patrol dostawał się pod ogień nieprzyjaciela i ktoś był ranny, inni osłaniali Dossa, gdy udzielał pierwszej pomocy, a potem wycofywali się wynosząc ran­nego w bezpieczne miejsce.

Nawet jeśli nie natrafiono na Japończyków, obecność Dossa dawała bardzo dużo, dodawała odwagi. Najodważniejszym miękły nogi na myśl, że mogliby zostać ranni i pozostawieni bez pomocy, na łaskę wroga. A wróg nie znał litości. Obecność Dossa usuwała strach, gdyż wiedzieli, że sanitariusz ich nie zostawi.


powrót do listy artykułów

następny artykuł