Home

Glen dostał!

O Desmondzie


Desmond sam wolałby umrzeć, niż przeżyć to cierpienie. Gdy Bóg milczy.

—  Sanitariusz! Sanitariusz! — rozległ się krzyk.

Clarence Glenn usłyszał wołanie. Wraz z większością kolegów udało mu się bezpiecznie wycofać. Powinien zostać ze swoimi ludźmi. Ale wołanie powtórzyło się kolejny raz. Glenn podniósł się z ukrycia i pobiegł przez otwartą przestrzeń w stronę rannego. Miał dziesięć metrów do celu, gdy zastygł na moment a potem padł na ziemię bez ruchu.

Żołnierze obsługujący karabiny maszynowe otrzymali rozkaz, by się wycofać. Zrobili to więc pozostawiając dwóch leżących kolegów. Nikt nie sprawdził, czy żyją, czy nie. Wiadomość, że Glenn dostał, dotarła do Desmonda w stacji medycznej. Wspomnienia potężną falą napłynęły mu do głowy — on, Glenn i Dorris ze swymi żonami, razem w Stanach. Myślał o  żonie Glenna i jego dziecku czekających daleko w domu,wiedział, że nie może go tak zostawić.

– Idę po niego — powiedział.
– Tam jest jeszcze jeden, ten, po którego Glenn poszedł.
– Pójdę z tobą – zaofiarował się Herb Schechter. Herbert, niski, dobrze zbudowany chłopak o kruczoczarnych włosach, był cichy, uczciwy i religijny. Podobnie jak Desmond, zachowywał sabat, ale jako Żyd, nie jako adwentys Obaj lubili rozmawiać na tematy religijne, ciesząc się, gdy znajdowali wspólne zdanie w wielu filozoficznych rozważaniach. Obaj także przyjaźnili się z Glenem.

Było kilkaset metrów do miejsca, gdzie leżeli dwaj ranni. Trochę dalej zaczynała się już dżungla. Doss i Schechter wyruszyli. Japończycy z pewnością podeszli już pod osłoną dżungli na niewielką odległość od miejsca, do którego zmierzali już dwaj Amerykanie. Schyleni, co pewien czas przypadając do ziemi, Desmond i Herb biegli po zboczu wzgórza w kierunku rannych kolegów. Obaj byli już weteranami, zachowywali się jak ludzie znający się na rzeczy, trzymali się w pewnej odległości jeden od drugiego, to wskakiwali do leja po pocisku artyleryjskim, to biegli znowu przed siebie. Desmond dotarł do rannego żołnierza z kompanii D i padł przy jego boku, gdy Schechter tymczasem odnalazł Glenna.

Desmond obejrzał zakrwawioną twarz z bliska. Na czole widniała rozległa rana. Człowiek był półprzytomny i jęczał. Przy pomocy gazy i wody z manierki Desmond zaczął delikatnie przemywać jego zranione czoło i oczy. Gdy zmył zakrzepłą krew zmieszaną z piachem, ukazała się niemal chłopięca twarz żołnierza. Gdy skrzep zlepiający powieki ustąpił, chłopak otworzył oczy.

Tam, na polu bitwy, wśród kuł gwiżdżących nad ich głowami i Japończyków niemal siedzących im na karku, ranny uśmiechnął się. Jego twarz pojaśniała jak gwiazda.

—  Ja mogę widzieć, widzę — wyszeptał — myślałem, że jestem ślepy.

Przez krótką chwilę Desmond uśmiechał się wraz z nim. Wiedział, jak wiele znaczył ten uśmiech radości. Chłopak dostał, a potem myślał, że został oślepiony i pozostawiony, by umrzeć. Teraz życie na nowo było przed nim. Ten uśmiech pozostał w pamięci Desmonda jako jedna z największych nagród. Po to właśnie armia wyszkoliła go. Należało jednak się spieszyć. Możesz się ruszać? — zapytał.

Żołnierz poruszył rękami i nogami i skinął głową.

–  To zaczynaj się wycofywać, tylko uważaj na siebie. Ja jeszcze zobaczę, co z tym drugim. Kilkanaście metrów dalej Schechter leżał obok Glenna.
– Jak z nim? — zapytał Desmond cicho.
– Żyje! — odpowiedział na głos Schechter.

Kule zaczęły świstać nad ich głowami. Japończycy strzelali tam, skąd dochodziły głosy dwóch Amerykanów. Desmond podczołgał się do Glenna. Jego przyjaciel był nieprzytomny. Desmond nie miał czasu, by zbadać go uważnie. Chciał jak najszybciej go stąd zabrać. W niewygodnej pozycji, leżąc obok Glenna, Desmond z trudnością zdjął z niego pelerynę i rozłożył obok niego. Potem przetoczył go na nią. Schechter podczołgał się do nich i razem uchwycili rogi peleryny.
Przy pomocy maczety Desmond uciął dwie tyczki i z nich i z peleryny zrobił nosze. Wraz z Herbem ułożyli Glenna na noszach. Ranny otworzył oczy.

– To ja, Doss — powiedział Desmond pochylając się nad nim. Spojrzał Glennowi  w  oczy,   by dojrzeć  oznaki  przytomności, po czym chwycił rękę przyjaciela i modlił się.
– „O Panie, jeśli jest to twoją wolą, proszę Cię, oszczędź tego dobrego człowieka dla tych, którzy go kochają.”

Była to krótka modlitwa, ale Desmond wiedział, że Bóg rozumie więcej, niż zostało powiedziane. Wraz z Schechterem chwycili nosze i rozpoczęli marsz do stacji medycznej. Ciężar był spory, mieli przed sobą długą drogę. Dzień był gorący i parny. Musieli nie tylko nieść nosze, ale i trzymać tyczki odpowiednio, by pod ciężarem rannego peleryna nie zapadała się zbyt mocno. Przeszli około trzystu metrów i zatrzymali się, by odpocząć.

Klęcząc przy noszach Desmond badał tętno Glenna. Ranny był nieprzytomny, ale wciąż oddychał. Gdy stwierdzili, że oddycha, poszli dalej. Ciągle groziło im niebezpieczeństwo ze strony snajperów, posuwali się więc naprzód w najgłębszej ciszy. Przemierzali jedno wzgórze za drugim i musieli przejść przez dwa duże strumienie. Coraz częściej zatrzymywali się i odpoczywali. Mięśnie pleców, nóg i rąk bolały okropnie. Potykali się co parę kroków. Napotkali dwóch maruderów, piechurów, i Desmond zażądał od nich pomocy; teraz nieśli nosze we czterech. Ciężar jednak i tak był spory. Stacja medyczna była już niedaleko, gdy zatrzymali się na ostatni postój. Położyli nosze. Desmond uklęknął obok Glenna. Znowu ujął jego dłoń, ale nie wyczuwał żadnego tętna. Rozpacz ścisnęła mu gardło. Spróbował jeszcze raz. Clarence Glenn jednak nie żył.

Przybity, wyczerpany, pół żywy z pragnienia, Desmond klęczał, nie poruszając się. Z jego otwartych ust nie wydobył się żaden dźwięk. Wyglądał jakby był w szoku. Stracił swego najlepszego przyjaciela. Sam wolałby umrzeć, niż przeżyć to. Nie mógł o niczym myśleć, nie wiedział, co się dzieje wokoło niego. Żołnierze zobaczyli to i wezwali kapitana Tanna. Zdjęli mu hełm z głowy i torbę z ramienia, a potem podali wprost do ust garść tabletek. Desmond nie pamiętał, co stało się potem. Środki uspokajające sprawiły, że przespał całą noc. Ktoś zastąpił go w jego obowiązkach.

Środki uspokajające, a także fizyczne wyczerpanie przyczyniły się do złagodzenia szoku wywołanego śmiercią przyjaciela. Rankiem Desmond wstał wypoczęty i w lepszym stanie psychicznym. Starał się walczyć z przygnębieniem i zabrać na nowo do pracy. Śmierć Glenna miała jednak istotne następstwa. Od tej pory Desmond unikał patrzenia na twarz tego, komu udzielał pomocy. Nie chciał wiedzieć, kto to jest, aby nie zobaczyć znowu któregoś z przyjaciół. Wszystkich rannych opatrywał i ratował tak, jak potrafił najlepiej i przekazywał ich pod opiekę lekarzy, najszybciej jak tylko mógł, ale śmierć Glenna zraniła go tak mocno, że chciał uniknąć takich przeżyć w przyszłości.


powrót do listy artykułów

następny artykuł