Home

Bezsenna noc

O Desmondzie


Tej nocy, gdy zaczął myśleć, żeby wrzucić granat, Desmond był bliżej odebrania komuś życia niż kiedykolwiek przedtem.

Mijał dzień po dniu, a walki nie ustawały. Noce nie były lepsze. Na szczycie urwiska Japończycy stawiali silny opór przy pomocy ręcznych granatów i robili często wypady na pozycje Amerykanów. Niżej też nie było bezpiecznie. Ludzie znaleźli grotę w skale, weszli do niej i zabarykadowali wejście, chcąc choć trochę odpocząć. Korytarzem, który łączył się z tylną częścią groty, weszli Japończycy i poderżnęli im gardła, zanim zdążyli się obudzić.

Największym jednak zagrożeniem był ciągły ostrzał z moździerzy. W niektórych miejscach wzdłuż urwiska u podnóża widniały spore zagłębienia w skale. Nisze te dawały doskonałą ochronę. W jednym z takich miejsc na wprost niszy leżały potężne głazy, czyniące ją jeszcze bezpieczniejszą. Pewnej nocy Desmond ukrył się tam z pewnym strzelcem z drugiego plutonu. Zauważyli dużą dziurę w tylnej ścianie niszy, ale wydawało mu się, że nie może ona sięgać zbyt daleko. Mimo to zdecydowali się, że będzie lepiej, gdy będą spać i czuwać na zmianę, po dwie godziny. Desmond czuwał jako pierwszy, siedząc przy tylnej ścianie blisko krawędzi otworu. Po kilku minutach usłyszał szuranie, a potem jakiś szept. Odgłosy dochodziły z dziury, a szeptał ktoś po japońsku! Obudził kolegę i dał mu znać, żeby był cicho i słuchał.

—  Aha! — kiwnął głową żołnierz i zasnął znowu.

Desmond leżał z otwartymi oczami i zatrzymywał oddech, wsłuchując się w tajemnicze dźwięki wydawane przez ukrytych wrogów, znajdujących się kilka kroków od niego. Gdy przyszła kolej, by kolega zmienił Desmonda, starał się przekonać strzelca, żeby czuwał, gdy on będzie spał. Ten obiecywał, ale nie wytrzymywał nawet dziesięciu minut. Desmond chciał zamienić się z nim miejscami. Jeśli Japończycy w końcu zdecydowaliby się wyjść, natrafiliby najpierw na śpiącego strażnika. Ale choć tak zaspany, był zbyt bystry, by zgodzić się na zamianę miejsc.

Śpiący żołnierz miał dwa ręczne granaty. Wystarczyło wrzucić jeden do dziury, by pozbyć się niebezpieczeństwa i zasnąć spokojnie. Tej nocy, gdy zaczął myśleć, żeby wrzucić granat, Desmond był bliżej odebrania komuś życia niż kiedykolwiek przedtem. Otrząsnął się jednak i starał się pozbyć tej myśli. Choć mógł sam utracić życie, nie chciał złamać szóstego przykazania. Tak więc nie spał całą noc. Rano był pewny, że więcej nie spędzi nocy w grocie, a już na pewno nie z tym żołnierzem.

Dotrzymał przyrzeczenia, nocując następnym razem w miejscu służącym porucznikowi Gornto za centrum dowodzenia plutonem. Nad ranem usłyszał krzyk.

– Sanitariusz — przeczucie mówiło mu, co się stało.
– Nie pójdziesz, Doss — powiedział porucznik Gornto, ale Desmond czuł, że nie ma wyboru.
– Niech pan krzyknie, że idę, żeby mnie nie zastrzelili — powiedział. Idąc po omacku w ciemności i mamrocząc coś z akcentem góralskim, którego nie podrobiłby żaden Japończyk, zmierzał w stronę groty, w której spędził poprzednią noc.

U wejścia natknął się na rannego żołnierza. Drugi leżał dwa metry dalej. Obaj byli zmasakrowani i straszliwie krwawili. Granat wpadł do groty przez dziurę, z której dochodziły przedtem szepty Japończyków. Desmond zużył wszystkie opatrunki, jakie miał, a o świcie odesłał rannych do stacji medycznej. Nie wierzył jednak, by mogli przeżyć.


powrót do listy artykułów

następny artykuł