Home

Bezradny snajper

O Desmondzie


Japoński snajper miał go cały czas na muszce…. Co się stało, że nie pociągnął za spust?

Teren w tej części wyspy Leyte był górzysty. W dolinach, tam gdzie teren był płaski, sadzono ryż, grunt więc był zalany wodą. Przemie­rzanie tych miejsc było szczególnie uciążliwe, a występowały one bardzo często, z warstwą wody od kilku do kilkunastu centyme­trów, i niebezpieczne, gdyż były zupełnie odsłonięte.

Na jednym z takich pól pewien żołnierz został zraniony i wołał o pomoc. Doniesiono o tym do punktu medycznego, ostrzegając, że człowiek ten znajduje się w niebezpiecznym, odsłoniętym miejscu. Cisza zapanowała na dłuższą chwilę. Nikt nie chciał pójść. —

No cóż, nie możemy go tak zostawić — rzekł Desmond — wykrwawi się na śmierć, zanim będzie można do niego podejść bezpiecznie.

Koledzy rannego wytłumaczyli Desmondowi dokładnie, w któ­rym miejscu został postrzelony.

Bądź bardzo uważny — ostrzegli go — snajper, który go trafił, wciąż tam jest.

Desmond dokładnie planował swoją drogę. Zszedł ze wzgórza, potem przemknął wzdłuż ażurowego muru wyznaczającego grani­cę pola. Mur urywał się nagle, ale młody ryż był na tyle wysoki, że sięgał do kolan. Stanowił pewną osłonę, więc Desmond wczoł­gał się między rzędy ryżu. Z tyłu, ze wzgórza, jego koledzy ostrze­liwali przeciwległe wzniesienie, trzymając przeciwników w szachu  i osłaniając w ten sposób Desmonda. Czołgając się w wodzie i w błocie wiedział, że gdzieś na tym podmokłym polu jest Japończyk z karabinem. Desmond mógł znaleźć się w każdej chwili na celowniku. Starał się o tym nie myśleć.

Żołnierz, którego Desmond nigdy wcześniej nie widział, miał przestrzeloną nogę. Kość była złamana i stracił dużo krwi. Leżąc obok niego Desmond starannie bandażował nogę. Potem zaczął ciągnąć rannego w stronę ażurowego murku. Szło mu to powoli.

– A jednak — żołnierz, blady z bólu jak ściana, uśmiechnął się ktoś przyszedł mi pomóc.

Dwaj piechurzy przeskoczyli przez murek i podbiegli zygzakiem do nich. Ranny oparł się ramionami na ich barkach, i po części niosąc go, po części wlokąc, dotarli w bezpieczne miejsce.

Na szczycie wzgórza przyjaciel Desmonda, sierżant Kelly, przy­biegł, pytając o niego.

– Doss, myślałem, że nie wrócisz stamtąd żywy. Widzieliśmy wszystko z góry, z tamtego wzniesienia. Czołgałeś się prosto na tego snajpera! Miał cię dziesięć metrów przed lufą. Naprawdę, tylko Bogu zawdzięczasz to, że żyjesz.

Desmond poczuł, że robi mu się niedobrze, kolana mu zmiękły. Dziękował w myślach Panu. Inni podchodzili do niego i komento­wali jego wyprawę. Kilku z nich śledziło jej przebieg od początku do końca.

Później, gdy zabrał rannego do stacji medycznej, myślał o cu­dzie, który wydarzył się na ryżowym polu. Możliwe, że Japończyk nie strzelił, bo bał się zdradzić swoją pozycję. Ale Desmond czuł, że to Bóg interweniował, powstrzymując go przed naciśnięciem na spust.

(Historię tę często opowiadano po wojnie. Stała się ona znana wśród adwentystów i powtarzano ją na całym świecie, nawet w Japonii. Pewnego razu po nabożeństwie, podczas którego wspomniano ten epizod, do kaznodziei podszedł mężczyzna w cywilnym ubraniu.
– To ja musiałem być tym snajperem — powiedział.
– Byłem kiedyś w takiej samej sytuacji i widziałem człowieka czołgającego się tuż przede mną. Chciałem nacisnąć spust, ale nie mogłem…)


powrót do listy artykułów

następny artykuł