Home

prawdziwa historia

prawdziwa historia

„Bierz ten karabin!”

10/17/2016

Żaden żołnierz nie może odmówić wykonania rozkazu przełożonego oficera. Ale on to zrobił.
W końcu piekło poligonu na pustyni skończyło się. Mówiono, że następnym miejscem stacjonowania dywizji będzie Pensylwania. Drzewa, trawa, obfitość wody i żadnego pyłu w powietrzu. Podniosły nastrój zapanował w całej dywizji.

Pewnego dnia Doss wrócił z ćwiczeń zgrzany i spragniony, ale szczęśliwy, że niedługo to się skończy. W chwilę po powrocie otrzymał rozkaz stawienia się w sztabie pułku. Tam powiedziano mu, że został oficjalnie przeniesiony z batalionu medycznego do kompanii specjalnej, podlegającej bezpośrednio dowództwu pułku. Oznaczało to, że znowu znalazł się w piechocie. Jego wro­gowie w batalionie medycznym pozbyli się go w ten sposób.

Desmond nieco oszołomiony poszedł do namiotu, żeby zabrać stamtąd swój sprzęt medyczny i zdać go w magazynie batalionu medycznego. Potem miał zameldować się w swej nowej kompanii. W pewnym mo­mencie zdał sobie sprawę, że dopiero teraz  zaczną się prawdziwe problemy. Desmond upadł na kolana.

–  Ratuj mnie, Panie — błagał. — Daj mi mądrość, żebym wiedział, co mam robić.

Jeden z jego przyjaciół, sierżant March Howell, ciepło pożegnał się z nim.

– Słuchaj Doss — powiedział Howell — założyłem się o dziesięć dolarów z dowódcą twojej nowej kompanii.  Powiedział on, że za miesiąc będziesz nosił karabin, a ja, że nie będziesz.
– Wiesz, że nie pochwalam hazardu, sierżancie — rzekł Des — Nie chcę, żeby którykolwiek z was przegrywał. Ale rzeczywiście, nie mam zamiaru nosić karabinu.

Desmond zameldował się u swego nowego dowódcy, poruczni­ka Waltera G. Cosnera.

Porucznik był zadowolony, że ten uparty sprawca kłopotów zo­stał przeniesiony do jego plutonu, i miał zamiar ostro zabrać się za niego. Doss został przydzielony do drużyny strzelców wyboro­wych i snajperski karabin już na niego czekał.

– Szeregowy Doss — rzekł jakby od niechcenia porucznik —weźcie ten karabin.

Desmond instynktownie zdał sobie sprawę, że porucznik chce z nim zagrać w kotka i myszkę. Mimo, że jako żołnierz mający szczególną kategorię, był oficjalnie zwolniony z noszenia broni, żaden żołnierz nie jest zwolniony od obowiązku posłuszeństwa bezpośrednim rozkazom przełożonego oficera. Porucznik miał za­miar albo zmusić go do noszenia broni, albo postawić przed są­dem wojennym.

– Przykro mi, proszę pana — powiedział Doss — ale zgodnie z moimi religijnymi przekonaniami nie mogę nosić broni.

Porucznik znowu rozkazał mu wziąć karabin, i znowu Desmond odmówił, tak formułując swoją odpowiedź, aby nie wyglądała na otwarty sprzeciw wobec otrzymanego rozkazu. Porucznik zostawił w spokoju karabin i położył na stole małoka­librowy pistolet.

– To możesz wziąć Doss — powiedział. — To nie jest żadna broń.
– W takim razie co to jest, proszę pana? — zapytał Doss. Porucznik kontynuował więc grę z bagnetem, a potem z torbą na amunicję. Doss nie przyjął i tych przedmiotów, ale i tym razem nie odmówił wprost.
– Patrz Doss — rzekł porucznik — nie każę ci nikogo zabijać. Chcę tylko, żebyś ćwiczył z bronią, jak wszyscy.
– Wolę raczej zaufać mojemu Panu, niż polegać na karabinie — odrzekł Desmond. Porucznik ciągnął dalej.
– Jesteś, chłopie żonaty. Wyobraź sobie, że ktoś porywa ci żonę. Czy nie użyłbyś karabinu?
– Nie miałbym go.
– To co byś zrobił?
– Nie stałbym jak kołek w płocie — odpowiedział Doss ostro. – Nie użyłbym karabinu ani nie zabiłbym, ale ten facet wolałby chyba nie żyć, niż spotkać się ze mną.

Konflikt rozgorzał na dobre po przeniesieniu do Indianatown Gap. Tam porucznik miał ostatnie słowo. Doss został poddany zaostrzonemu regulaminowi i przydzielony doszorowania garnków i patelni w kuchni. Ciągły kontakt ze środkami do szorowania i mycia naczyń sprawił, że na skórze jego rąk powstały głębokie, bolesne pęknięcia, z których sączyła się krew. Otrzymał zakaz opuszczania kompanii, co oznaczało, że nie mógł się widzieć z Dorothy.

W tym czasie kilku żołnierzy z plutonu, również Doss, otrzy­mało urlop i przygotowywało się, by z niego skorzystać. Porucznik wypisał przepustki i wezwał ich, aby je odebrali. Podchodząc do stojących w szeregu żołnierzy, osobiście wręczał im papiery. Gdy podszedł do Dossa, położył przepustkę na jego wyciągniętej dłoni. Już miał pójść dalej, ale zatrzymał się.

Zdaje się, że nie zaliczyłeś egzaminu ze strzelania, Doss, czyż nie? — zapytał. — Wiesz, jest taki przepis, że nikt nie może dostać urlopu, dopóki go nie zaliczy. — Odebrał ostentacyjnie przepustkę i podarł ją na kawałki.

Desmond poszedł do kapelana, a potem do pułkownika z do­wództwa pułku, ale obaj powiedzieli mu, że nic nie mogą zrobić. Przygnębiony poszedł do telefonu i zamówił rozmowę ze swoją rodziną.

– Nie mogę jechać do domu — powiedział. Potem zatkało go. Nie wiedział, co powiedzieć. Mógł nie ujrzeć nikogo ze swoich bliskich. Wszystko wskazywało na to, że skończy w więzieniu. Desmond stał ściskając słuchawkę, nie mógł z siebie wydobyć słowa, mijały długie sekundy.
– Desmond — krzyczała matka. — Desmond! Co się stało? Co się z tobą dzieje? Desmond!

W końcu otrząsnął się i opowiedział całą historię.

Następnego ranka Desmond był już po łokcie upaprany w pro­szku do szorowania, gdy powiadomiono go, że ma się zameldo­wać w batalionie medycznym. Major Steinman czekał na niego.

-Witaj. Jesteś znowu sanitariuszem — powiedział.



← powrót do listy artykułów